„Holokaust. Nowa historia” (fragment książki)

„Nie brak odwagi nie pozwalał masie więźniów na podejmowanie prób ucieczki, ale brak możliwości” – pisze Laurence Rees w książce „Holokaust. Nowa historia”. Poniżej prezentujemy fragment publikacji.

Krótko po śmierci [admirała François] Darlana prezydent Roosevelt ujawnił równie głęboko pragmatyczną stronę swojego charakteru podczas dyskusji o Żydach z generałem Charles’em Noguèsem, byłym dowódcą Vichy w Maroku. W czasie konferencji w Casablance generał Nougès zauważył, że byłoby „smutne”, gdyby po wojnie gospodarkę w Afryce Północnej mieli zdominować Żydzi. Roosevelt starał się rozwiać jego niepokój, mówiąc, że gdyby Żydom ograniczono proporcjonalnie dostęp do pewnych zawodów, mogłoby to „wyeliminować określone i zrozumiałe zastrzeżenia, które wysuwali Niemcy wobec Żydów niemieckich, w związku z tym, że choć stanowili niewielką część ludności, to ponad pięćdziesiąt procent prawników, lekarzy, nauczycieli, wykładowców itd. w Niemczech było Żydami”.

Pomijając oczywiste nieścisłości w stwierdzeniu Roosevelta – reprezentacja ludności żydowskiej w tych zawodach z pewnością nie sięgała 50 procent – jego słowa pokazały, że nawet przywódca największej zachodniej demokracji był gotów rzucać oszczerstwa przeciwko Żydom.

Podczas wojny nie upubliczniano treści poufnych rozmów tego rodzaju, tak więc z Casablanki popłynął zdecydowany głos aliantów o niezłomnym postanowieniu ukarania „winnych” i „barbarzyńskich” przywódców wrogich państw. Dla przywódców nazistowskich takie groźby nie miały oczywiście żadnego znaczenia, ponieważ wiedzieli już, że nie mają odwrotu. W marcu 1943 roku Goebbels odnotował w dzienniku treść rozmowy z Hermannem Göringiem, która pokazuje ich rozumowanie: „Göring jest całkowicie świadomy tego, co nam wszystkim grozi, jeśli okażemy się w tej wojnie słabi. Nie ma pod tym względem żadnych złudzeń. Przede wszystkim jesteśmy tak uwikłani w kwestię żydowską, że nie ma już dla nas wyjścia. No i tak jest też dobrze. Doświadczenie wskazuje, że ruchy i narody, które spaliły za sobą mosty, walczą z dużo większą determinacją, niż gdyby miały jeszcze możliwość odwrotu”.

Dla tych, którzy kolaborowali z Niemcami, sytuacja nie przedstawiała się tak jednoznacznie. Wielu z nich najwyraźniej nie było przekonanych, że „spalili za sobą mosty”. Na przykład policja francuska współpracowała z Niemcami mniej ochoczo niż rok wcześniej.

Szczególną niechęć budziło w niej aresztowanie i wysyłanie do Niemiec na roboty przymusowe obywateli francuskich – Niemcy wprowadzili ten środek represji w lutym 1943 roku.

W Rumunii wydarzenia zimy przełomu 1942 i 1943 roku wzmocniły determinację marszałka Antonescu, który już otwarcie sprzeciwiał się wydaniu hitlerowcom pozostałych w kraju rumuńskich Żydów.

W kwietniu 1943 roku spotkał się z Hitlerem i nie uległ naciskom, by dalej współpracować w kwestii Żydów. Spotkanie stało się starciem między jednym przywódcą politycznym – Hitlerem – który uważał, że każde niepowodzenie na froncie powinno stanowić bodziec do jeszcze surowszego traktowania Żydów, a drugim przywódcą – Antonescu – który szukał sposobu wyjścia z bagna, w jakim pogrążał się on i jego kraj. Część członków rządu Antonescu próbowała nawet skontaktować się z aliantami, aby wyplątać kraj z wojny – o czym Hitler wiedział.

Krótko potem Hitler jeszcze bardziej otwarcie rozmawiał z innym sojusznikiem, admirałem Horthym. Zdaniem Führera Węgry Horthyego wykazały się wyjątkową opieszałością w podejściu do Żydów.

Podobnie jak w Rumunii, współpracownicy Horthyego próbowali wysondować aliantów w kwestii wycofania się z wojny. Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ Horthy lepiej niż inni znał skalę klęski pod Stalingradem. Węgierska 2. Armia, walcząca u boku Niemców na froncie wschodnim w pobliżu Stalingradu, została niemal całkowicie unicestwiona. Połowa z 200 000 jej żołnierzy zginęła w boju, a większość pozostałych odniosła rany lub trafiła do niewoli. Oddział żydowskich robotników przymusowych z Węgier dołączony do 2. Armii również poniósł dotkliwe straty. Była to jedna z największych klęsk militarnych w historii Węgier.

Starając się przekonać Horthyego do kontynuowania walki, Hitler uruchomił całą swoją siłę perswazji. Powiedział admirałowi, że „Niemcy i ich sojusznicy znaleźli się w łodzi na wzburzonym morzu. To jasne, że jeśli ktoś w tej sytuacji zechce wysiąść, natychmiast utonie”. Hitler zaatakował także politykę Horthyego wobec Żydów, twierdząc, że „Prożydowska postawa na Węgrzech jest dla niego całkowicie niezrozumiała. […] Dlaczego z Żydami należy obchodzić się w białych rękawiczkach? Przecież to oni wywołali wojnę światową”.

Kiedy nazajutrz kontynuowano spotkanie, Horthy chciał wiedzieć, czego jeszcze od niego oczekują, skoro pozbawił już Żydów prawa do zarobkowania, a przecież „nie mógł ich pozabijać”. Joachim von Ribbentrop, nazistowski minister spraw zagranicznych, odparł, że Żydów należy zamykać w obozach lub „zlikwidować”. Hitler z aprobatą zauważył, że w Polsce z sytuacją żydowską zrobiono „gruntowny porządek”, i wyjaśnił Horthyemu, że Żydów „trzeba traktować jak prątki gruźlicy, które mogą zarazić zdrowe ciało. Nie jest okrucieństwem zastanawiać się nad koniecznością zabicia [w takiej sytuacji] nawet niewinnych stworzeń takich jak króliki czy sarny, jeżeli to ma powstrzymać zagrożenie. Dlaczego mielibyśmy oszczędzić bydlęta, które chciały zaprowadzić u nas bolszewizm?”.

Rozmowy z Horthym z punktu widzenia Hitlera nie były udane. Goebbels uważał, że zna powód. Jak zanotował w dzienniku 7 maja 1943 roku: „Węgrzy […] doskonale wiedzą, że wojny nie można wygrać samymi słowami. Oczywiście znają nasze słabe strony i powoli je wykorzystują”. Ponadto z raportu z 30 kwietnia złożonego przez Edmunda Vessenmayera, oficera SS wysłanego na Węgry z zadaniem oceny sytuacji, wynikało, że władze węgierskie „widzą w Żydach gwarancję ochrony «węgierskich interesów» i uważają, że dzięki Żydom będą mogły udowodnić, iż prowadziły wojnę u boku państw Osi tylko z konieczności, ale w praktyce pośrednio pomagały wrogom państw Osi poprzez ukryty sabotaż [nie wydając Żydów]”.

Hitler zareagował na niezdecydowanie Węgrów i Rumunów w typowy dla siebie sposób. Doszedł do wniosku – co zakomunikował gauleiterom w maju 1943 roku – że „gromadę małych państw” należy „zlikwidować tak szybko, jak to możliwe”. Bo przecież, jak twierdził, „Żyjemy dzisiaj w świecie zniszczenia i zniszczeń, które nastąpią”.

Była to pierwsza oznaka, że Hitler może rozważyć możliwość okupacji Węgier, jeśli Horthy nie zrobi tego, co mu kazano.

Wiosną 1943 roku podobne problemy były z kolejnym sojusznikiem – Bułgarią. W oficjalnym komunikacie po spotkaniu Hitlera z carem Bułgarii Borysem III była mowa o „długiej i serdecznej rozmowie”, którą cechował „duch tradycyjnej przyjaźni” łączącej Niemcy i Bułgarię.

W rzeczywistości jednak Bułgarzy, tak jak Węgrzy i Rumuni, coraz mniej zdecydowanie popierali nazistów – zwłaszcza w kwestii Żydów. W lutym 1943 roku Aleksander Belew, komisarz do spraw żydowskich w rządzie bułgarskim, uzgodnił z przedstawicielem Eichmanna Theodorem Danneckerem, że Bułgarzy wydadzą Niemcom 20 000 Żydów. Podobnie jak we Francji, władze o wiele łatwiej mogły się pogodzić ze złożeniem w ofierze Żydów, którzy nie byli obywatelami Bułgarii. Bułgarzy wiedzieli – a przynajmniej mieli poważne powody przypuszczać – że wysyłają ich na śmierć, zwłaszcza w świetle ujawnionych przez aliantów w grudniu poprzedniego roku informacji o nazistowskim planie zagłady. Pomimo tej świadomości pod koniec marca 1943 roku Bułgarzy współpracowali przy deportacji około 11 000 osób z okupowanych terytoriów Tracji i Macedonii. Wszyscy ci Żydzi, niemal co do jednego, zginęli w komorach gazowych Treblinki.

Kiedy jednak władze przystąpiły do wysiedlania Żydów mieszkających w obrębie przedwojennych granic Bułgarii, doszło do protestów.

Antysemityzm nie miał wielkiej tradycji w tym kraju, a motywem wprowadzenia przez rząd antyżydowskich przepisów pod koniec 1941 roku były nie tyle względy ideologiczne, ile próba przypodobania się niemieckiemu sojusznikowi. Teraz jednak, w obliczu deportowania Żydów, którzy żyli wśród nich, wielu obywateli Bułgarii było niezadowolonych – do czego oczywiście musiała się przyczynić świadomość, że Niemcy właśnie ponieśli klęskę pod Stalingradem. Zamiast wysyłać Żydów na śmierć, władze Bułgarii wydały ustawę, zgodnie z którą mieli oni być wysiedleni z Sofii do małych miejscowości na prowincji. Ten krok niemal zupełnie uniemożliwił ich deportację, ale również przysporzył Żydom cierpień. Po wojnie wielu Bułgarów starało się odmalować portret szlachetnego kraju, który ocalił „swoich” Żydów. Z historii nie wyłania się jednak bynajmniej tak idealny obraz, zwłaszcza w świetle tego, co spotkało Żydów z Tracji i Macedonii.

W kwietniu i maju 1943 roku Hitler dowiedział się nie tylko o postawie swoich sojuszników wobec sprawy żydowskiej, ale także o oporze, jaki zaczęli stawiać sami Żydzi w Warszawie. Dziewiętnastego kwietnia niemieckie siły wkroczyły do getta, aby przystąpić do deportacji pozostałych Żydów. Przywitał ich ogień z broni ręcznej, granaty i bomby domowej roboty. Dwudziestoczteroletni wówczas Marek Edelman, jeden z bojowników, którzy stanęli do walki z Niemcami, zdradza, że on i jego towarzysze z Żydowskiej Organizacji Bojowej chwycili za broń, ponieważ zdawali sobie sprawę, że Niemcy chcą ich wysłać na śmierć – wiedzieli o tym od naocznego świadka zdarzeń w Treblince, któremu udało się wrócić do Warszawy i uświadomić im, co ich czeka w obozie. „Trudno było uwierzyć, że można zabić za nic – mówi Marek Edelman. – Ale tak właśnie było”. Po pierwszym szoku wywołanym wiadomością o Treblince Edelman i jego towarzysze postanowili się bronić. „To jasne, że czynnikiem, który wywołał opór, były obozy śmierci”. Pewną rolę odegrał tu także fakt, że Niemcy zdecydowali się rozdzielić rodziny i wysłać do Treblinki ludzi starszych i dzieci, zostawiając w getcie silnych i zdrowych Żydów. Powstańcy mogli walczyć, nie myśląc o obowiązkach wobec rodziny.

Bojownicy w getcie mieli broń od Armii Krajowej, część skradli Niemcom. Marek Edelman dodaje, że robili też „granaty z metalowych rur i prochu”. Początkowo wchodzących do getta Niemców zaskoczyła zaciekłość oporu i nie udało im się osiągnąć żadnego z założonych celów. Jak mówi Marek Edelman: „Pierwsze kilka dni to było nasze zwycięstwo”. Wielu żydowskich powstańców, takich jak młody Aaron Karmi, było zachwyconych możliwością zbrojnej konfrontacji z wrogiem: „Zacząłem strzelać z pistoletu do tej masy [Niemców], która szła przed nami. Niemcy krzyczeli «Pomocy!» i chowali się za murami. Wtedy pierwszy raz widziałem uciekających Niemców. Byliśmy przyzwyczajeni do tego, że to my uciekamy przed Niemcami. Nie spodziewali się, że Żydzi będą z nimi walczyć w ten sposób. Na ulicy była krew i nie mogłem od niej oczu oderwać; powiedziałem: «Niemiecka krew»”.

Ani Marek Edelman, ani Aaron Karmi, ani większość pozostałych Żydów, którzy zaatakowali Niemców w getcie, nie przeszli wcześniej żadnego wojskowego przeszkolenia. To jednak nie mogło ich powstrzymać. „Bardzo łatwo nauczyć się strzelać – twierdzi Marek Edelman. – Nie trzeba żadnego szkolenia. Nie jesteśmy na froncie, gdzie generał układa plan bitwy. To jest partyzantka. Niemiec idzie ulicą i kiedy masz okazję, strzelasz do niego, a jeżeli nie zobaczy człowieka, który strzelał, tym lepiej. Wystarczy wola walki i broń, nic więcej”. Powstańcy wiedzieli, że wobec przygniatającej siły Niemców nie mają szans na ostateczne zwycięstwo. „Tak – przyznaje Edelman – wiedzieliśmy, że nie wygramy, ale musieliśmy pokazać Niemcom, że jesteśmy ludźmi jak wszyscy [inni]. W czasie wojny, kiedy zabijasz wroga, jesteś człowiekiem”.

[…]

Wobec postanowienia Hitlera, by walczyć do końca, alianci stanęli przed koniecznością rozwiązania własnych, kontrowersyjnych z politycznego punktu widzenia kwestii – zwłaszcza co zrobić ze zdobytą już przez nich szczegółową wiedzą o morderstwach popełnianych przez nazistów w Auschwitz.

Wszyscy zgadzali się co do rozmiarów okropności. „Nie ma wątpliwości, że jest to prawdopodobnie największa i najstraszniejsza zbrodnia, jaką popełniono w dziejach świata – pisał Churchill 11 lipca 1944 roku. – Została dokonana za pomocą naukowo skonstruowanej maszynerii, przez teoretycznie cywilizowanych ludzi, w imieniu wielkiego państwa i jednej z czołowych ras Europy. […] Należy publicznie złożyć deklaracje, że wszyscy związani z tą zbrodnią będą ścigani i po schwytaniu skazani na śmierć”. Ale same słowa oburzenia i groźby oczywiście nie mogły bezpośrednio pomóc Żydom ginącym w Auschwitz.

Różne ugrupowania żydowskie sugerowały jedyną możliwą odpowiedź na zbrodnię – zrzucić na obóz bomby. W lipcu Światowy Kongres Żydów w Genewie wezwał Amerykanów do zniszczenia komór gazowych, a Churchill, dowiedziawszy się o tym pomyśle, napisał 7 lipca do Anthony’ego Edena: „Niech pan uzyska od sił powietrznych, ile się da, a w razie potrzeby powoła się na mnie”.

Wezwania do zbombardowania Auschwitz ostatecznie zostały jednak odrzucone. W Wielkiej Brytanii ministerstwo lotnictwa nie okazało entuzjazmu wobec tego pomysłu, wskazując na praktyczne problemy.

Jedna z trudności polegała na tym, jak zbombardować komory gazowe, nie wyrządzając poważniejszych szkód wśród więźniów Birkenau. Brytyjczycy zaproponowali, by skierować prośbę do Amerykanów, którzy specjalizowali się w przeprowadzaniu nalotów w dzień. W imieniu Stanów Zjednoczonych John McCloy, podsekretarz stanu w Departamencie Wojny, odniósł się do planu lekceważąco. Powątpiewał w jego wykonalność, twierdząc, że dodatkowo wymagałby zaangażowania bombowców uczestniczących w innych, ważniejszych operacjach.

Gdyby jednak nawet udało się przezwyciężyć ogromne przeszkody praktyczne i zbombardować komory gazowe w Auschwitz, trudno przypuszczać, aby w ten sposób przerwano eksterminację. Akcja „Dożynki” na Majdanku rok wcześniej pokazała, że Niemcy nie potrzebują komór gazowych, by dokonać masowego mordu Żydów – broń maszynowa mogła zabić równie wielu.

Niemniej jednak lekceważący sposób, w jaki wiele osób zaangażowanych w podejmowanie decyzji potraktowało kwestię bombardowania Auschwitz – jeden z podwładnych McCloya napisał w wewnętrznej notatce, że jego szef chce „ukręcić sprawie łeb” – odzwierciedla szerszy i znaczący problem. Można go streścić w pytaniu, jakie skierował do aliantów przewodniczący komitetu wykonawczego Agencji Żydowskiej, Dawid Ben Gurion, w przemówieniu z 10 lipca 1944 roku: „Czy postąpilibyście tak samo, gdyby zamiast Żydów co dzień torturowano tutaj, palono żywcem i duszono gazem tysiące angielskich, amerykańskich czy rosyjskich kobiet, dzieci i starców?”.

Odpowiedź na pytanie Bena Guriona prawie na pewno brzmi: nie.

Alianci z pewnością nie „postąpiliby tak samo”, gdyby na przykład w Auschwitz gazowano brytyjskich jeńców wojennych. Ta ocena znajduje potwierdzenie w dowodach. Jak się przekonaliśmy, alianci w czasie konferencji bermudzkiej w 1943 roku nie byli skłonni zobowiązywać się do przyjęcia w swoich krajach znacznej liczby Żydów – mimo że pod koniec 1942 roku potępili nazistowską eksterminację tego narodu.

W Waszyngtonie w marcu 1943 roku, miesiąc przed konferencją na Bermudach, Anthony Eden, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, powiedział na spotkaniu, że konieczna jest „najwyższa ostrożność przy składaniu propozycji zabrania wszystkich Żydów z danego kraju”, ponieważ „jeśli to uczynimy, Żydzi na całym świecie będą chcieli, żebyśmy postąpili podobnie w Polsce i w Niemczech.

Hitler mógłby podjąć każdą taką ofertę z naszej strony, a na świecie nie ma po prostu tylu statków i innych środków transportu, żeby ich wywieźć”. Parafrazując w świetle słów Edena pytanie Ben Guriona, czy ktokolwiek sądzi, że takie uzasadnienie bezczynności byłoby do przyjęcia, gdyby Niemcy mordowali brytyjskich lub amerykańskich jeńców? Czy Brytyjczycy i Amerykanie naprawdę pozwoliliby na masakrę swoich żołnierzy tylko dlatego, że nie można użyć statków, aby przewieźć ich przez kanał La Manche, zwłaszcza że podczas wojny znajdowały się statki, by przetransportować kilkaset tysięcy nieprzyjacielskich jeńców przez Atlantyk do Ameryki Północnej? Nie, usprawiedliwienie Edena brzmi po prostu niewiarygodnie.

Linda Breder, żydowska więźniarka Auschwitz, miała wrażenie, że „Bóg o nas zapomniał, zapomnieli o nas żołnierze i dowódcy, nie obchodziło ich, co się dzieje, a wiedzieli, co się dzieje [w Auschwitz]”. „Chcieliśmy, żeby zrzucili na obóz bomby – mówi – przynajmniej moglibyśmy uciec, a tak leciały całe setki samolotów [aby bombardować inne cele w Polsce] i nie spadła żadna bomba. Nie mogliśmy tego zrozumieć”.

Stanowisko aliantów w sprawie Żydów było proste – jedyny skuteczny sposób powstrzymania eksterminacji to pokonanie nazistów.

Latem 1944 roku wydawało się, że ta strategia odnosi pewne sukcesy, gdy Armia Czerwona pod koniec lipca zajęła Majdanek. Majdanek był dla świata odkryciem. Większa część eksterminacyjnej maszynerii nie została zniszczona przez wycofujących się Niemców i ocalałe komory gazowe i krematorium stały się niezbitym dowodem zbrodniczych działań nazistowskich. „To, co zamierzam opowiedzieć, jest zbyt ogromne i makabryczne, aby w pełni to pojąć” – pisał Konstantin Simonow, sowiecki korespondent wojenny po obejrzeniu obozu.

Simonow opisywał funkcjonowanie komór gazowych, relacjonując, jak „specjalnie przeszkoleni operatorzy w maskach przeciwgazowych wsypywali «cykloon» [sic] z cylindrycznych pojemników do komory”.

Zgrozą przejął go także widok olbrzymiej liczby butów zabranych ofiarom idącym na śmierć. „Wysypują się z baraku przez okna i drzwi. W jednym miejscu nacisk ich sterty wypchnął część ściany, która wypadła razem z górą butów […] trudno sobie wyobrazić coś bardziej makabrycznego od tego widoku”.

W Auschwitz, gdy na początku lipca przestały przychodzić transporty z Węgier, a większość Żydów z łódzkiego getta wymordowano już kilka tygodni wcześniej, szczyt rzezi dobiegł końca. W związku z tym esesmani postanowili zmniejszyć Sonderkommanda w obozie z 900 osób pracujących przy węgierskich transportach do znacznie niższej liczby. Zamierzali to zrobić, mordując nadwyżkę członków Sonderkommanda. „Zawsze wiedzieliśmy, że nasze dni są policzone, tylko nie wiedzieliśmy, kiedy przyjdzie koniec” – mówi Dario Gabbai, robotnik Sonderkommanda w Birkenau. Naziści, szczególnie w obliczu rozgłosu, jakiego nabrał Majdanek, nie chcieli, aby ktokolwiek z Sonderkommanda przeżył.

Ci ludzie znali za dużo szczegółów o procesie eksterminacji. Dlatego pod koniec września Scharführer SS (sierżant) Busch kazał wystąpić 200 „ochotnikom” z Sonderkommanda Krematorium IV. Twierdził, że zostaną przeniesieni do nowego obozu. Oni dobrze jednak wiedzieli, że zmniejsza się liczbę transportów do obozu, nie mieli więc wątpliwości, co to oznacza dla ich losu. „Pomyślałem, czy Busch naprawdę jest taki naiwny – pisał Filip Müller z Sonderkommanda w Auschwitz – żeby wierzyć, że któryś z nas zgłosi się na ochotnika na własną rzeź?”.

Nic dziwnego, że nikt nie wystąpił. Tak więc Scharführer Busch był zmuszony sam wybrać 200 członków Sonderkommanda. Oczywiście nie było żadnego „nowego obozu” i wyselekcjonowanych więźniów odprowadzono i zamordowano. Tamtej nocy – co zdarzyło się po raz pierwszy – esesmani sami spalili ich ciała w krematorium, poza zasięgiem wzroku więźniów. Uzasadniali to tym, że spalają zwłoki ludzi zabitych w nalocie aliantów. Pozostali członkowie Sonderkommanda nie dali się zwieść, a ich podejrzenia co do losu towarzyszy potwierdziły się, kiedy nazajutrz rano w piecach znaleziono kilka ciał, spalonych, ale wciąż rozpoznawalnych. Dlatego, gdy esesmani kazali kapo w krematoriach dostarczyć listę kolejnych 300 osób, które rzekomo miały zostać przeniesione do „fabryki gumy”, członkowie Sonderkommanda postanowili wzniecić bunt.

Jak już wiemy, w Auschwitz stosowano ostrzejsze środki bezpieczeństwa niż w innych obozach takich jak Sobibór i Treblinka.

Budynki komór gazowych połączonych z krematoriami znajdowały się w oddzielnych, wygrodzonych odcinkach obozu wewnątrz olbrzymiego kompleksu Auschwitz-Birkenau, który z kolei otaczała zabezpieczona strefa interesów Auschwitz. Wcześniej podejmowano próby masowej ucieczki – należy wspomnieć w szczególności bunt Polaków w kompanii karnej w Birkenau 10 czerwca 1942 roku. Ale z około pięćdziesięciu więźniów, którzy próbowali uciec, wiadomo tylko o jednym, który na pewno przeżył.

Mimo świadomości, że szanse powodzenia powstania są znikome, a nawet bliskie zeru, 7 października 1944 roku członkowie Sonderkommanda w Krematorium IV zaatakowali pilnujących ich esesmanów. Siekierami i młotkami walczyli z uzbrojonymi strażnikami, zdołali również podpalić krematorium. Słysząc hałas dobiegający z Krematorium IV, załoga Krematorium II także zaatakowała swoich nadzorców z SS, zabijając dwóch – jednego wrzucając do rozpalonego pieca. Przybyły posiłki i esesmani zaczęli wyłapywać więźniów, którym udało się uciec za druty obozu. Znalazłszy grupę członków Sonderkommanda schowaną w stodole, podpalili ją. Nikt z załogi Sonderkommanda, która tamtego dnia stawiła opór esesmanom, nie przeżył próby ucieczki. W buncie wzięło udział około 250 więźniów i strażnicy z SS dopilnowali, aby zginęli wszyscy co do jednego. Ale odwet nie skończył się na tym. Chcąc zastraszyć pozostałych członków Sonderkommanda, esesmani wybrali kolejnych 200 osób, które także zabili. Henryk Mandelbaum z Sonderkommanda w Auschwitz wspomina, że „kazali nam się położyć twarzą do ziemi i trzymać ręce z tyłu, a potem rozstrzeliwali co trzeciego. Część moich kolegów z Sonderkommanda straciła życie, a reszta musiała wrócić do pracy. Dla nas nigdy nie było większej nadziei. Mówię, jak jest”. Mimo że sam przeszedł tę mękę i był świadkiem śmierci wielu swoich towarzyszy, Henryk Mandelbaum uważa, że buntownicy „zrobili dobrze”, ponieważ „trzeba pamiętać, że byliśmy żywymi trupami. Teraz mówimy swobodnie, spokojnie, możemy przyjmować założenia, stawiać pytania, możemy dodawać, możemy odejmować, ale wtedy było zupełnie inaczej. Ludzie byli skazani […]”.

Po wojnie ocalali z Auschwitz musieli czasem znosić drwiny, że zabrakło im odwagi, aby się bronić. Halina Birenbaum wspomina, że gdy w 1947 roku przyjechała do Izraela, zdenerwowała się, gdy inni członkowie kibucu mówili jej: „Szliście jak barany. Nie broniliście się, dlaczego się nie broniliście? Co się z wami stało? Sami jesteście winni. Nic nie zrobiliście. Nas nic takiego by nie spotkało. Nie opowiadaj nam o tym. To wstyd. Nie opowiadaj młodym ludziom, zniszczysz w nich ducha walki”.

Historia buntu Sonderkommanda w Auschwitz w październiku 1944 roku pokazuje niesprawiedliwość takich oskarżeń. Załoga Sonderkommanda nie szła „jak barany” na rzeź. Walczyła i dlatego zginęła. Ci ludzie stracili życie, bo skuteczny opór w Auschwitz był prawie niemożliwy. Auschwitz jako instytucja funkcjonował przez cztery i pół roku i w tym okresie spośród ponad miliona wysłanych tam ludzi próbowało uciec około 800. Wydostać się z rejonu obozu udało się mniej niż 150 osobom, a nieznana liczba uciekinierów zginęła później na wojnie. A zatem to nie brak odwagi nie pozwalał masie więźniów na podejmowanie prób ucieczki, ale brak możliwości.

Fragment książki “Holokaust. Nowa historia” Laurence Reesa, w przekładzie Łukasza Praskiego, wyd. Prószyński i S-ka