“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 1

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

okładka książki z napisem "Ludzie z przeszłości" w jidysz

Część 1

„Rabin” odszczepieńców

„Pomnę na miłość twojej młodości, na uczucie czasu twojego narzeczeństwa, gdy chodziłeś za mną na pustyni, w kraju nie obsiewanym” (Ks. Jeremiasza 2,2)

Abraham Hersz, rzeźnik z synagogalnego podwórza, u którego pobożni Żydzi z miasteczka kupowali mięso, bo uchodził za największego dewota, wrócił do domu w piątkowy wieczór po nabożeństwie przywitania szabasu w sztyblu [*sztybel – budynek lub jego część, będący małym domem modlitewnym] chasydów z Mszczonowa wielce zasmucony, przygnębiony. Otworzył sidur [*modlitewnik] i smutnym głosem począł odmawiać modlitwę „Szalom alejchem” [*Pokój wam (hebr.)]. Ale brzmiało to tak, jakby był w żałobie. Domownicy patrzyli na niego z wielkim zdziwieniem i pytali się w myślach: „Co się ojcu stało? Czy, nie daj Boże, zachorował?”

Dobrotliwy, naiwny uśmiech, który zawsze gościł na jego twarzy, nagle zniknął. Był nie do poznania.

Abraham Hersz nalał sobie rodzynkowego wina z pełnej jeszcze karafki, która na białym obrusie mieniła się szabatową słodką radością.

Zmówił kidusz [*błogosławieństwo nad winem], a zaraz po nim to samo zrobili jego synowie Isroel i Szmuel Lejb.

Rzeźnik Abraham Hersz umył się przed jedzeniem, pokroił wielki brązowy kołacz i westchnął w swoją białą, chudą brodę.

– Co z tobą ojcze? Źle się czujesz? – zapytał jego syn Isroel.

– Nic, zupełnie nic – cicho odpowiedział i zaczął burczeć pod nosem nową modlitwę.

– A może coś się stało? – spytała jego żona, rzeźniczka Blima, kobieta niska, zanosząc na stół talerze z rybą.

– A no stało się, stało! Mam zepsuty szabas.

– Co? Opowiedz! Nic nie możesz ukrywać. Nie można wszystkiego przemilczać i ukrywać przed żoną i dziećmi.

– Trzeba było dziś być w mszczonowskim sztyblu podczas modlitw. Zrozumielibyście moje zmartwienia. Kaleki Abraham Joel spoliczkował naszego Jakuba.

– Za co? – wszyscy w jednogłos zawołali.

– Abraham Joel i jeszcze kilku bogatych Żydów znalazło w kieszeni jego palta świecką książkę napisaną świętymi hebrajskimi literami. A nasz Jakub pożycza tę książkę każdemu młodzieńcowi i prowadzi do strasznych herezji.

– Za to go spoliczkował? – zapytała rzeźniczka ze łzami w oczach i załamała wychudzone ręce.

– Abrahamie Herszu, czy nie była to przypadkiem jedna z tych trefnych książeczek, których policja poszukuje u strajkujących robotników, a za których posiadanie wsadzają do więzienia?

– A skąd mam to wiedzieć? Czy ja się znam na takich książkach? O takie rzeczy mnie pytasz?!

– Mamo, nie bój się. To nie jedna z tych książek, których poszukuje policja. Ja wiem, co to za książka. I ja już ją czytałem – wmieszał się najstarszy syn Isroel. – I nie tylko ja, wszyscy młodzieńcy z besmedreszu [*besmedresz (jid.), beit midrasz (hebr.) – dom modlitwy] już ją czytali, wszyscy wzięli książkę od naszego Jakuba. Dlatego starzy Żydzi są na niego źli, dlatego go spoliczkowano.

– Powiadają w sztyblu, że sprowadza na złą drogą miejscową młodzież. Wiecie, jak go nazywają? Nadali mu przezwisko: „rabin odszczepieńców…”.

– Isroelu, co to za książka, za którą można zostać spoliczkowanym? Co tam jest napisane? – matka spokojnie zapytała syna.

– Mamo, to książka litewskiego autora. Nazywa się on Abraham Mapu, a książka to „Ahawat Cijon” [*„Miłość do Syjonu” (hebr.).]. Opowiada ona historię, która wydarzyła się, gdy Żydzi żyli jeszcze w swojej ojczyźnie – w Erec Isroel w czasach proroków Izajasza i Ezechiela. Pewnego razu lew napadł na żydowską dziewczynę, Tamarę, która właśnie szła zrywać kwiaty. Zobaczył to stojący na polu pastuch Amnon. Łukiem, który trzymał w dłoni wycelował w lwa, strzelił i trafił prosto w serce. Tym sposobem uratował dziewczynie życie.

– Ojcze, wiesz przecież, że gdyby ten wściekły fanatyk, kulawy Abraham Joel, mnie spoliczkował, to wykręciłbym mu jeszcze drugą nogę – dumnie oświadczył syn Isroel. – Jego szczęście, że nie było mnie dziś w sztyblu. Ojcze, czy Jakub milczał? Nie odpowiedział uderzeniem?

– Nie, nie oddał, milczał. I bardzo dobrze zrobił. Czy miał się bić w szabas w sztyblu z wściekłym Abrahamem Joelem? Powiedział mi, że już nigdy nie przyjdzie na modlitwy do sztybla chasydów z Mszczonowa. Od dziś będzie się modlił w nowym besmedreszu [*chodzi o budynek przy ul. Długiej w Sokołowie Podlaskim].

Abraham Hersz i Blima, gdy skończyli szabasową wieczerzę i odmówili błogosławieństwo, wyszli na zewnątrz i usiedli na przyzbie. Ich dom stał blisko starego cmentarza [*obecnie park im. PCK], wśród nędznych, poprzechylanych, drewnianych domków, w centrum miasteczkowego uniwersum. W okolicy mieszkali tragarze, furmani, szmaciarze, biedota, która chodziła żebrać po ludziach i służący, którzy usługiwali w bogatych domach.

Tuż za starymi, zbutwiałymi domami z gontowymi, podziurawionymi dachami pokrytymi zielonym mchem, na które wspinały się miejskie kozy i zjadały dziką trawę tam rosnącą, ciągnęły się wielkie pola porośnięte rzucającymi cień drzewami.

W szabas biedota opuszczała swoje stęchłe domy i na miękkiej trawie wokół żydowskiego cmentarza rozkładała kołdry, starą odzież i wory. Ludzie chrupali pestki dyni, zajadali solony bób. Furmani, domokrążcy opowiadali niesamowite historie, a czas spędzano na świeżym powietrzu.

Rzeźnik Abraham Hersz i jego lepsza połowa siedzieli na przyzbie pogrążeni w milczeniu. Patrzyli w rozgwieżdżone niebo, które jak błękitna chupa [*baldachim trzymany nad nowożeńcami w dniu ślubu] zawisło nad miastem. Abraham Hersz przyglądał się srebrnemu księżycowi, którego blask odbijał się w małej rzeczce [*Cetynii], w strudze, która przepływa pod starym cmentarzem. Głęboko wdychał chłodny, przyjemny wietrzyk, niosący zapach świeżo ściętego siana ze stogów leżących na sąsiednich polach. Przed jego oczami pojawiała się znów scena ze sztybla chasydów z Mszczonowa. Jego syn Jakub, blady, zmieszany, wyciera sobie chusteczką twarz, dotyka nosa, aby sprawdzić, czy nie leci mu krew. Kulawy Abraham Joel drze się jak zarzynany byk: „Ty grzeszniku! Odszczepieńcu! My już ci to z głowy wybijemy takie książki. Jesteś zagrożeniem dla całego miasta i wszystkich Żydów”.

Rzeźnik przerwał milczenie i zwrócił się do żony:

– Blime, słuchasz mnie? Już chciałem ci o tym opowiedzieć przy jedzeniu, ale nie chciałem, aby dzieci słyszały. Powiedziano mi w sztyblu, że u Nuty Finkelsztejna w domu, to ten, co pisze podania, ludzie spotykają się wieczorami. Przychodzi tam też nasz Jakub. Przychodzą też kobiety. Czytają tam książki, śpiewają piosenki, powiedziano mi nawet, co to za kobiety. Czy to przystoi, aby żonaty mężczyzna spotykał się z innymi kobietami? Nasz Jakub ma przecież żonę, aby żyła długo! A tu co raz to włóczy się po obcych domach i chadza do tego nikczemnika Nuty Finkelsztajna?

– Nie słuchaj wszystkiego, co źli ludzie mówią! – odpowiedziała żona jeszcze w półśnie. –Abrahamie Herszu, wskaż mi choć jednego mieszkańca naszego miasteczka, który mógłby się równać z naszym Jakubem? Z jego umysłem i znajomością Tory! Jak on pisze, jak studiuje! On i do Boga, i do ludzi. Wszyscy dostojni chasydzcy młodzieńcy przychodzą do niego studiować z nim Torę, zapytać, co się dzieje na świecie. Nie musieliśmy na jego naukę, jak inni rodzice, wyłożyć ani grosza, on wszystkiego nauczył się sam. Latami przesiadywał w besmedereszu i studiował. Sam nauczył się pisać po hebrajsku, po polsku i rosyjsku. Spójrz tylko na dzieci innych rzeźników. Kim one są? Rzeźnikami, karciarzami, gołębiarzami, paserami i złodziejami, a nasz Jakub, syn rzeźnika, zna Torę lepiej niż dzieci samego rabina.

Zmęczeni po całym tygodniu ciężkiej pracy, zapadli na przyzbie w drzemkę.

*

Jakub był jednym z najzdolniejszych uczonych studiujących Torę w sztyblu, wielki intelekt, mędrzec. Gdy spierano się o jakiś trudny ustęp Gemary [*Gemara – zbiór rabinicznych komentarzy i objaśnień uzupełniających Misznę, czyli kodeks prawa obyczajowego w judaizmie. Obie księgi tworzą razem Talmud], zawsze wołano Jakuba Tejtelbauma. Także po jego ślubie, gdy objął posadę piekarza i ciężko pracował, aby zarobić na życie, zamożni chasydzcy młodzieńcy przychodzili do jego „szkółki”, do domu stojącego tuż przy cmentarzu. Siadali na klocach rozstawionych na podwórzu jego domu i studiowali z zapałem „Ha-Cefirę” [*hebr. Świt; tygodnik założony w Warszawie przez Chaima Zeliga Słonimskiego], którą Jakub Tejtelbaum, jako jedyny w miasteczku, prenumerował.

Odkładał robotę i z wielkim smakiem i znawstwem tłumaczył słowa Nachuma Sokołowa [*1859-1936, pisarz, dziennikarz, jeden z liderów ruchu syjonistycznego], które ukazywały w artykułach pod tytułem „Szabasowy gość” oraz znane, eleganckie i mądre felietony pt. „Z szabasu na szabas”. Pobożni Żydzi patrzyli na niego z ukosa, podejrzliwie, mimo że sami także od czasu do czasu przychodzili, aby dowiedzieć się od Jakuba czegoś o światowej polityce.

Za zaoszczędzone pieniądze kupował książki. Miejscowy sprzedawca książek, reb Aszer, sprowadzał dla niego z Warszawy nowo wydane hebrajskie dzieła. Wypożyczał do przeczytania zaufanemu kręgowi chasydów albo sam zaczytywał się nimi w domu Nuty Finkelsztejna. Tam przeczytał poemat J[udy] Lejba G[ordona]. „Koco szel jod” [*„Kreseczka nad literą jod” (hebr.)], który wzywał do walki z rabinami. Także „Chatot ne’urim” [*„Grzechy młodości” (hebr.)] Mojszego Lejba Lilienbluma oraz jego ważne dzieło drukowane w „Ha-Melic” [*„Orędownik” (hebr.)] pt. „Orchot ha-Talmud” [*„Sposoby z Talmudu” (hebr.)], które wywołało burzę w żydowskim świecie religijnym, gdyż autor wzywał do reformy żydowskiego życia religijnego. Powieść Pereca Smolenskina „Ha-toe be-darchej ha-chajim” [*„Błądzący po ścieżkach życia” (hebr.)] wędrowała z rąk do rąk miejskich młodzieńców, a wszystko to dzięki Jakubowi Tejtelbaumowi – Jakubowi Plackowi, jak na niego wołano.

Gdy do miasteczka dotarła smutna wiadomość o śmierci dr. Herzla [*Theodor Herzl, 1860-1904, dziennikarz uznawany za twórcę współczesnego syjonizmu], Jakub urządził żałobny wieczór wspomnieniowy i wygłosił mowę pożegnalną. Odczytał także fragmenty „Judenstaat” [*„Państwo żydowskie”] Herzla. Religijni Żydzi, na czele z rabinem, wiedzieli o tym wszystkim, nie byli jednak w stanie powstrzymać młodzieńców od czytania książek, które pożyczał im Jakow Placek. Rewolucyjny wiatr narodowych ruchów wyzwoleńczych, który unosił się nad miastami i miasteczkami carskiej Rosji na początku wieku, zachwiał i tak już chybotliwymi, gnijącymi posadami starego żydowskiego życia. Wiatr ten dotarł także do Sokołowa Podlaskiego.

Z impetem wdarł się do prymitywnego, zastygłego żydowskiego życia religijnego i zniszczył fundamenty trwającej setki lat egzystencji. Wiatr, który przyniósł ze sobą narodowe przebudzenie, wdarł się przez okna i drzwi do besmedreszów, chasydzkich sztybli i jesziw, w których całymi dniami i nocami przesiadywali młodzieńcy studiując Torę. W bystrych, uczonych głowach zmąciło się, poplątało. Młodzieńcy zamknęli Gemary i ruszyli nową, narodową drogą.

Dwa prądy, dwie idee: syjonizm i Bund [*Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, w Polsce i Rosji; istniejąca od 1897 do 1948 partia lewicowa, antysyjonistyczna] dotarły w tym samym czasie do miasteczka i pobudziły do aktywnego życia pasywne dotychczas, drzemiące siły żydowskich mas, żydowskiej biedoty. Życiowe drogi młodzieńców z miasteczka rozeszły się, jedni poszli do Bundu, zaangażowali się w walkę o lepszy, piękniejszy świat, w walkę z carskim reżimem. Inni wpajali sobie syjonistyczne idee odbudowy Erec-Isroel i ożywienia języka hebrajskiego.

Także Jakuba Tejtelbauma porwały rewolucyjne myśli, które jego towarzysze zaszczepiali robotnikom w miasteczkach. Przyciągnął go, zaczarował „Lean” [*„Dokąd” (hebr.)] Zewa Fajerberga, który wzywał do siebie, na Wschód, do Syjonu. „El ha-cipor” [*„Do ptaszyny” (hebr.)] i „Achen chacir ha-am” [*„Zaprawdę zasechł lud” (hebr.)] Chaima Nachmana Bialika [*1873-1934; hebrajski poeta, narodowy wieszcz Izraela] zawładnęły sercem młodego żydowskiego mężczyzny z besmedreszu, Jakuba Tejtelbauma.

Gdy kulawy Abraham Joel spoliczkował go i wyrzucił z mszczonowskiego sztybla, Jakub modlił się w besmedreszu. Modlił się tam także mełamed [*nauczyciel] Mojsze Aron, mężczyzna wysoki z długą, gęstą brodą, nerwus i fanatyk, który wszystkich młodzieńców czytających książki wyrzucił ze sztybla chasydów z Góry Kalwarii. Ten właśnie Mojsze Aron przyszedł do niego i z wielką złością podeptał swoimi brudnymi buciorami świeżo wypolerowane świecące buty Jakuba Placuszka.

– Zdrajco Izraela! – krzyczał mełamed Mojsze Aron. – Do świętego miejsca wchodzisz w wypolerowanych butach!

Gabaj [*urzędnik gminy żydowskiej] Mojsze, mąż Malki, miły, cichy Żyd, wmieszał się:

– Daj spokój Mojsze Aronie! Można przecież być uczciwym Żydem i nosić czyste buty.

Mojsze Aron wyciągnął swoje długie ręce i oparł je o pulpit, jego szeroko otwarte oczy zapłonęły jak dwie kule ogniowe i z impetem, z zapałem powiedział:

– Głupi jesteście! Nic nie rozumiecie! Wszystko zaczyna się od stóp, a kończy na sercu. Nie można nosić czystych butów. To jest, panowie, początek, jak się pucuje buty, to i zakłada się zaraz sztywny, wyprasowany kołnierz, a potem goli brodę, przestaje się modlić i koniec z byciem Żydem! Czy myślicie, że nie wiem, że Jakub Placek chodzi do golibrody, do lubieżnika Nuty Finkelsztejna razem z kobietami i innymi hultajami? Śpiewają tam piosenki, czytają książki. Jakubie Placku, wygłosiłeś tam wykład na temat tego heretyka dr. Herzla!

– Panowie! On jest rabinem wszystkich odszczepieńców! Wszyscy młodzieńcy zapatrzeni są w niego i przychodzą do niego czytać „Ha-Cefirę”. Sprowadził nasze żydowskie dzieci z prawej drogi. Nawet przywódca strajków i socjalistów z naszego miasteczka, Isroel Lejbele, niegdysiejsza nadzieja naszego magida [*kaznodziei] oraz bundysta Mojsze Mordechaj są jego uczniami. Dawał im książki!

Mojsze Aron, kiwając się jak przy Gemarze, odparł:

– My Żydzi podobni jesteśmy do pływającego po burzliwym morzu statku. Z powodu małej drzazgi zatonąć może cały statek. Przez jednego bezbożnika może spaść nieszczęście na całe żydowskie miasteczko.

*

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!