“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 11

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

W bibliotece u piekarki Blimy

Na ulicy Koźlej w starym drewnianym domu mieszkała piekarka Blima. Była to piękna, schludna i elegancka kobieta o świetlistej, roześmianej twarzy. Miała córkę jedynaczkę, Sore. Dziewczyna wdała się całkowicie w matkę. Wszyscy ją znali i zawsze przyciągała ludzką uwagę. Ze wszystkich okien i ze wszystkich warsztatów, w których przesiadywali szewcy i podkuwali buty, rzucano na nią spojrzenia.
Wśród zapadających się domów w naszym miasteczku Sore błyszczała jak zbłąkana księżniczka. Z jej ślicznej śniadej twarzy biła młodzieńcza słodycz. Jej czarne jak smoła oczy niczym świecące latarnie błyszczały spod miękkich i aksamitnych rzęs. Gdy w piątek po zapaleniu świec Sore wychodziła przed dom, a jej czarne splecione warkocze owijały zgrabną szyję, wszystkie młodzieńcze serca biły szybciej.

Gdy mąż Blimy, chorowity Awrom Szyje, wrócił z Ameryki i przywiózł ze sobą dolary, przy domu kupca skór, Ajzika Mendla Sepickiego, wybudowali piekarnię. W sąsiednim miasteczku Węgrowie szybko też znaleźli odpowiedniego zięcia – mądrego uczonego z chasydzkiej, religijnej, dobrej rodziny. Młodzieńcem tym był Icchok Skała, ten sam, który po pewnym czasie został sekretarzem organizacji He-Chaluc w Warszawie na ulicy Orlej 22.

Ojciec Icchoka, Motl Chone z Węgrowa, syn Josla, mieszkał na ulicy Grabarskiej. Był to potężny, gruby mężczyzna, miał rzadką, jasną brodę. Miał też własną piekarnię. Całe życie ciężko pracował, zawsze stał przy stole umorusany mąką i zagniatał ciasno na chleb i chałę.
Był zwolennikiem rebego z Radzynia i nosił długi, niebieski tałes. Motl Chone zatroszczył się o to, aby jego dzieci, synowie i córki, mogły się uczyć. Także jego syn Icchok nosił niebieski tałes i do ślubu przesiadywał w sztyblu.

Ojciec piekarz wprowadził go na ścieżkę życia chasydów z Radzynia. Razem głowili się nad „Ptil techelet” [*„Błękitna przędza” (hebr.)] i „Ejn ha-techelet” [*„Źródło błękitu” (hebr.)] autorstwa rebego reb Gerszona Henocha [Lejnera], tego samego, który swojego czasu wywołał w chasydzkim świecie burzę i wielkie zamieszanie z powodu drogi, jaką obrał. Razem studiowali także „Mej ha-Sziloach” [*„Woda z sadzawki Siloe” (hebr.)] autorstwa ojca powyższego, Mordechaja Josefa z Izbicy.

Gdy do Węgrowa przybył szadchen [*zawodowy swat], aby zaproponować ślub z Sore, córką piekarki Blimy, żona Motla Chone, która nie opuściła ani jednej modlitwy w węgrowskim besmedreszu, nie była zachwycona.

– Motlu Chone, to nie jest partia dla naszego Icchoka. Nie miałby tam z kim rozmawiać, studiować. Jej rodzice to prości ludzie, nie są nawet chasydami, nie potrafią studiować ksiąg, a ich pochodzenie jest niejasne. Nie podobają mi się te swaty.

Motl Chone był uczonym i bardzo praktycznym człowiekiem, podobnie jak inni radzyńscy chasydzi. Znał swojego syna, który bujał w obłokach i nie miał pojęcia o praktycznych rzeczach. Wiedział, że Icchok nadawałby się do handlu i trzeba by mu znaleźć bogatego teścia z porządnym interesem, gotową możliwością zarobkowania i niekoniecznie pochodzącego z zacnej rodziny. I to właśnie była idealna partia dla ich syna Icchoka.

Gdy szadchen opowiadał, że piekarka Blima wysłała go, aby zaaranżował małżeństwo jej córki jedynaczki, a jej mąż przywiózł z Ameryki dużo dolarów i mają teraz własną piekarnię i z chęcią wciągną swojego przyszłego zięcia do interesu, Motl Chone pomyślał, że trafiło się jak ślepej kurze ziarno. Strzał w dziesiątkę! Pasowało to jego synowi Icchokowi jak ulał. Wyśmienita partia.

– Słuchaj Fejgo, jak Bóg da, pierwszą dorożką pojedziemy do Sokołowa i obejrzymy dziewczynę. Niczemu to nie zaszkodzi – powiedział Motl Chone do żony.

Gdy rodzice Icchoka dotarli do piekarki Blimy, aby obejrzeć pannę młodą, i gdy w niewielkiej drewnianej izbie na ulicy Koźlej ujrzeli Sore wystrojoną w najnowszą jedwabną sukienkę, to Motlowi Chonemu wydawało się, że przez okno do pokoju zajrzało słońce.

Gdy żona powiedziała: „Dziewczyna jest piękna, ale jej rodzice nie przypadli mi do gustu”, mąż odpowiedział: „Jej uroda to nie byle co. Jest to najważniejsze”.

Swaty zostały przyjęte, Icchok ożenił się z córką piekarki Blimy.

Icchok Skała był wysokim blondynem o bladej twarzy i parze niebieskich oczu. Gdy coś mówił, nerwowo przygryzał cienkie, wąskie usta.

Potrafił studiować religijne księgi i był dobrze obeznany z nowoczesną literaturą hebrajską. Za jego pośrednictwem do miasteczka docierały nowe idee. Młodzież wychowywał na socjalistyczno-rewolucyjnych broszurach. Dyskutował z nimi o historycznym materializmie, dyktaturach, kulcie proletariatu i o naturalnych procesach Bera Borochowa [*Dow Ber Borochow 1881-1917, polityk i filozof, lider Poalej Syjon, propagator syjonizmu socjalistycznego].

Icchok Skała docierał do żydowskiej młodzieży z dobrych domów, uzbrojony w dobrze ugruntowaną wiedzę, którą czerpał z żydowskich, głębokich źródeł. Do jego świata należeli Moses Hess, A. D. Gordon, J. Ch. Brenner, Ch. N. Bialik i Icchak Lamdan.

Często cytował poemat „Masada” [*twierdza na Pustyni Judzkiej, symbol żydowskiego heroizmu i umiłowania wolności] Icchaka Lamdana:

„Ogniem buchnął na Masadzie taniec
Światu na przekór!
Wschód, zachód, południe, północ
Ruszyły w pląs.
Żarem tchnął taniec Masady
I wre –
Usuń się precz, losie pokoleń,
Strzeż się!” [*przekład z hebrajskiego: Regina Gromacka].

Icchok Skała uratował wielu młodzieńców i wiele dziewcząt z dobrych domów ze szponów ruchu komunistycznego, jaki owładnął żydowską ulicą za sprawą kilku zasymilowanych, komunizujących nauczycieli, którzy w szkole powszechnej zaszczepili antynarodowe myśli i spowodowali, że część młodzieńców opuściła jesziwę. Byli to przede wszystkim ci, co stali na rozstaju dróg i szukali nowej życiowej drogi, na którą mogliby skierować swoje młodzieńcze kroki. Będąc ich przewodnikiem, Icchok Skała rozwiewał wszystkie wątpliwości, zawiłości duszy, które kłębiły się w umysłach żydowskiej młodzieży z dobrych domów.

Icchok Skała był tym, który wprowadził ich na narodową drogę, wybrukowaną socjalistycznymi, ludzkimi wartościami.

Piekarka Blima zapatrzona była w swojego zięcia i traktowała go jak prawdziwy skarb. Nic nie musiał robić i całymi dniami zajmował się syjonistyczną, wychowawczą działalnością.

Niczego mu nie brakowało. Teściowa miała piekarnię i tylko jedną córkę. O zarobek nie musiał się więc troszczyć. Także jego żona Sore bardzo go szanowała. Icchok był oczkiem w jej głowie.

Gdy młodzież z Ceirej Syjon chciała założyć bibliotekę i nazwać ją imieniem J. Ch. Brennera, ale nie miała odpowiedniego lokalu, Icchok ulokował ją w piekarni swojej teściowej. Obok półek wypełnionych chlebem i bułkami stały regały na książki. Każdego wieczora młodzież zaglądała do piekarni, aby wypożyczyć nowe książki. Stali w kolejce razem z ludźmi, którzy przyszli kupić chleb. Nie sposób było odróżnić, kto potrzebował chleba, a kto nowej książki.

*

Wśród czytelników, którzy co wieczór w piekarni wymieniali książki na nowe, był szczupły młodzieniec, brunet o zamyślonej twarzy. Zawsze cicho i spokojnie czekał na nową książkę. Nazywał się on Pesach Grin [*alter ego autora]. Był jednym z uczniów Icchoka i pomagał mu w propagowaniu myśli syjonistycznej wśród młodzieży.

Towarzystwo dyskutowało, spierało się, wyszukiwało w czytanych książkach górnolotne idee i przekonujące argumenty. Sypało z rękawa myślami i cytatami, powtarzało słowa bohaterów i pisarzy. Cały czas sobie przypominano, co powiedział Marks, co Lenin, a co Borochow.

Młodzieniec stał trochę z boku, nieśmiały, przysłuchiwał się z zainteresowaniem dyskusjom i zazdrościł czytelnikom, którzy tak dobrze znali autorów i ich przemyślenia. Tak ładnie, nowoczesnymi słowami potrafili oddać myśli i idee, o których czytali w książkach.

Pesach Grin myślał: „Kiedy i ja będę potrafił tak odważnie i nieskrępowanie brać udział w ważnych rozmowach? Dlaczego ci, z którymi uczyłem się u tych samych mełamedów w tych samych chederach, są tak mądrzy, znają wszystkich pisarzy i jak ryba w wodzie poruszają się między ideami i ruchami, które oddziałują na żydowski naród. A przede wszystkim wiedzą już, czego chcą, i znaleźli swoją życiową drogę. Kiedy ja znajdę swoją drogę? Opuściłem besmedresz, w którym modliłem się z ojcem w szabasy i święta. Dziś zaczytuję się w książkach. Ale dlaczego to z moich przyjaciół wyrośli tacy wielcy mędrcy? Znają odpowiedzi na wszystkie skomplikowane pytania, rozumieją wszystkie ukryte siły oddziałujące na ludzką historię. Na wszystkie pytania o Boga i ludzi mają jasne i precyzyjne odpowiedzi. Muszę jeszcze dużo przeczytać i wiele się nauczyć, aby móc się z nimi porównywać, aby udzielać się towarzysko w dyskusjach”.

Do biblioteki przychodził także towarzysz Herszele. Uważał się za wielkiego mędrca, a lokalna młodzież uwierzyła mu w to na słowo. Powodzenie miał także wśród panien z dobrych domów. Bo żadna dziewczyna nie zdołała oprzeć się Herszele. Był on przecież znakomitym mówcą! A kto wie, czy lada dzień nie zostanie komunistycznym komisarzem.

Pesach Grin przyglądał się, jak towarzysz Herszele dyskutował. Pamiętał jeszcze, jak razem uczyli się w chederze, jak rebe na każdej lekcji gotował się ze złości, jak od czasu do czasu wykręcał im uszy. Pesach kiedyś zapytał rebego:

– Dlaczego tylko mnie bijecie? Czy Herszele wie więcej?

Rebe odpowiedział:

– Bękart Herszele nie musi nic wiedzieć, on sobie w życiu radę da, gdzie by nie był. A tobie biada, jeśli się niczego nie nauczysz.

Icchok Skała, którego blada twarz w dyskusjach rozpalała się do czerwoności, nie uległ urokowi Herszele i próbował z całych sił wykazać jego ignorancję. Icchok Grin wstąpił zaś do organizacji syjonistyczno-socjalistycznej założonej w miasteczku przez Icchoka Skałę.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 12

Część 13

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!