“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 13

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

*

W kibucu szare i nudne dni ciągnęły się w nieskończoność. Żadnych szabasów, żadnych świąt, dzień w dzień praca. Ciągle ta sama rzadka zupa i kawałek chleba. Zwyczajne i tak powszednie było życie. Chorzy leżeli w swoich łóżkach, a z ich pokoi bił okropny smród. Większość pogrążona była w swoich zmartwieniach. Pesach Grin chętnie poszedłby po pracy do miasta, pozwiedzał historyczne miejsca, ale widok swoich starych połatanych butów odbierał mu wszelkie chęci. Cały czas myślał o lakierkach, które mu zabrano. Czuł się, jakby ktoś odciął mu kawałek jego ciała. Żywił do swoich lakierek specjalne uczucia jak do żywego stworzenia, które miał pod swoją opieką. Widok jego świecących lakierek rozweselał go, przepełniał świątecznym nastrojem. Teraz zabrano mu nawet i tę radość więc Pesach Grin bardzo z tego powodu cierpiał. Za każdym razem gdy patrzył na swoje stopy w obdartych butach, oblatywał go strach. Całymi dniami chodził korytarzem w tę i we w tę, jak więzień w obozie. A gdy obok przechodził obiekt jego westchnień, to aż coś kłuło go w sercu.

Pesach Grin postanowił, że pójdzie do towarzysza Gecla i zażąda, aby oddał mu jego nowe buty. Wszedł więc do sekretariatu i powiedział:

– Chcę z tobą pomówić.

– Proszę! – Gecl wychylił się zza biurka i wytrzeszczył swoje mętne oczy.

– Posłuchajcie towarzyszu Gecl, wyjaśnijcie mi, w którym chalucowym kodeksie jest napisane, że gdy jakiś towarzysz przynosi ze sobą trzy pary butów, to zostawiają mu tylko parę podartych? Mamy się przecież dzielić. Nie może więc być tak, że jeden będzie miał dwie pary, a drugi będzie chodził boso. Zgoda. Ale dlaczego tobie przypadły nowe buty, a mnie stare?

Cyniczny uśmiech pojawił się na ustach Gecla. Odpowiedział:

– Kiepski z ciepie chaluc. Nie dasz rady dopasować się do wspólnotowego życia, które prowadzimy tu w kibucu.

Pesach Grin chciał złapać go za wychudzone gardło i przycisnąć do ściany. Opanował się jednak, wyszedł z sekretariatu i zszedł po kamiennych schodach. Wyszedł na zewnątrz i ruszył w nieznanym kierunku. Gęstym sosnowych lasem wspiął się na Górę Zamkową, na której niegdyś stał Napoleon ze swoimi wojskiem. Położył się na zielonej trawie i przyglądał kryształowemu, pluskającemu i wijącemu się nurtowi Wilii. Z góry patrzył na gołych, chudych młodzieńców i dziewczęta, które beztrosko i radośnie pływały w czystej rzece. Zazdrościł tej wesołej młodzieży bawiącej się w wodzie i nie muszącej na swoich plecach dźwigać bagażu żydowskich i światowych problemów. Oni nie chcieli zmieniać świata, wychować na nowo człowieka. Pozwalali życiu płynąć naturalnym biegiem.

Odpowiedź Gecla zabolała go bardziej niż ukradzione buty. Męczyło go pytanie, czy tacy jak Gecl mogą zostać budowniczymi nowego społeczeństwa? Czy ze złego materiału można zbudować trwały budynek?

Towarzysze trzymają się kurczowo ruchu syjonistycznego i wykorzystują go. Jego miejsce jest przecież wśród rosyjskich komisarzy. Oni nauczyli go przemawiać, tak jak przemawiał towarzysz Gecl.

Zapadła noc. Pesach Grin wrócił do kibucu. Na korytarzu dostrzegł stojącą w kącie Reginę, chaluckę z Łodzi, z którą jechał pociągiem do kibucu. W ręku trzymała walizkę i płakała. Podszedł do niej i zapytał, dlaczego płacze. Odpowiedziała:

– Opuszczam kibuc. Nic mi nie pozostaje jak tylko rzucić się do Wilii. Jak mam wrócić do domu, do Łodzi, gdzie wychowałam i zachęcałam setki żydowskich dzieci do wyjazdu na hachszarę, a teraz sama opuszczam kibuc?

– Ale dlaczego?

– Nie mogę ci powiedzieć – opowiedziała i otarła łzy, które spływały po jej szerokiej, pulchnej twarzy.

Gdy Pesach Grin położył się spać, jego sąsiad, który spał obok niego, opowiedział mu, co usłyszał od towarzyszy przy jedzeniu. Welwele Pastrok wszedł nocą na „międzynarodówkę” do łódzkiej towarzyszki, gdy ta spała. Zaczęła się z nim kłócić i swoim krzykiem pobudzili śpiących towarzyszy. Następnego dnia wszystkie dziewczęta się z niej śmiały i dlatego opuszcza kibuc.

Welwele Pastrok był jednym z pierwszych, którzy przyjechali do Szachariji z Wilna. Cierpiał na reumatyzm i nocami, gdy inni spali, rozpaczał i biadolił. Miał szerokie plecy, wiecznie otwarte usta, z których wyglądały zepsute zęby. Gdy do kibucu przyjeżdżały nowe towarzyszki, wdrapywał się do nich do łóżek i przyduszał jak kury.

Przed swoim wyjazdem do Izraela ożenił się z dziewczyną z kibucu. Nazywała się Chajka, pochodziła z biednego domu i przed przyjazdem mieszkała w miasteczku Mołodeczno. Była bardzo krucha i nie mogła ciężko pracować. Jej mała dziecięca buzia i usta jak słodkie wisienki przyciągały uwagę wszystkich towarzyszy.

Welwele Pastrok opiekował się nią i nie wysyłał do ciężkiej pracy. Wieczorami, gdy spała, kładł się przy niej. I tak pewnego pięknego dnia kupili pierścionki i postawili chupę.

Pastrok wiedział i czuł, że jego Chajka go nie kocha. Czepił się jej jednak jak rzep psiego ogona i był zazdrosny, gdy z kimś rozmawiała, gdy wieczorami z innymi towarzyszami wspinała się na zielone pagórki położone wokół kibucu. Chajka jednak się go nie bała. Nie pomagały jego upór, jego zaczepki, dziewczyna flirtowała z każdym, kto jej się podobał.

Często Welwele Pastrok jeździł w odwiedziny do pobliskich hachszar. Wówczas Chajka czuła się wolna jak ptak wypuszczony na wolność.

Pesach Grin miał w kibucu grupkę znajomych towarzyszy i towarzyszek, z którymi przesiadywał wieczorem na górze albo w pokoju. Razem śpiewali jidyszowe i hebrajskie piosenki, których ich nauczył. Gdy Welwele Pastrok wyjeżdżał, spędzał chętnie czas także z Chajką. Informowała go o tym już w pracy, bo razem pracowali. Spędzał z nią też leniwe, senne noce u niej na łóżku. Zdarzało się, że kładł swoją zmęczoną głowę na jej małych, sterczących piersiach, wtulał swoją twarz i czarną, pełną loków czuprynę w jej ciało i zasypiał.

Pesach Grin pracował kilka miesięcy z Chajką. Było to zajęcie, przy którym czuł, że coś tworzy, że produktywnie i użytecznie pożytkuje swoją energię.

Na drugim brzegu Willi, na pagórku stała huta szkła [*w dawnej dzielnicy Rybaki]. Jej właścicielem był Żyd o nazwisku Szapiro, niski mężczyzna z krótką, siwą bródką. Zatrudniał kilkuset Ukraińców i Ukrainek. Po wielu staraniach udało się ludziom z kibucu dostać pracę w hucie szkła.

Pracowało tam około dwudziestu młodzieńców i dziewcząt. Przy wielkim piecu hutniczym stali półnadzy Ukraińcy z wielkimi rurami, które zanurzali w rozgrzanym piachu i wydmuchiwali z niezwykłą zręcznością szkło w różnych kształtach. Czerwone wydmuchane butelki i kieliszki transportowano mechanicznymi wózeczkami do innego magazynu. Przy wagonikach stali chaluce, ładowali i rozładowywali szklane naczynia.

Inna grupa chaluców rąbała drewno, a belki wrzucała do wielkiego pieca. Pesach Grin i Chajka pracowali przy wagonikach. W hucie pracowano także w szabasy i święta. Wszyscy chaluce zawsze wracali do kibucu razem. Wielu niosło piły i siekiery na ramionach.

W pierwszy dzień Rosz ha-Szana chaluce wracali z pracy do domu. Wileńscy Żydzi znali już chaluców z Subocza. W Wilnie pozamykane były już wszystkie kramy i wiał zimny, jesienny wiatr. Drzewa przekwitały, a z gałęzi spadały miedziane liście. Przed synagogami stali owinięci w tałesy Żydzi. Chajka zrobiła się smutna i sentymentalna. Powiedziała do Pesacha Grina:

– Gdyby mój ojciec zobaczył mnie teraz idącą w Rosz ha-Szana z piłą i siekierą w ręku, z pewnością by tego nie wytrzymał – westchnęła. I mówiła dalej: – Wracamy teraz do domu, do kibucu, jemy czarny chleb i rzadką zupę. Szare i smutne jest nasze życie. Zabrano nam tę odrobinę radości, jaką mieliśmy u naszych biednych rodziców.

– Popatrzcie na nią. Co z niej za chalucka? Zatęskniła za matką, za ciasteczkami i szabasowym winem – krzyknęła jakaś dziewczyna z grupy.

– A nawet jeśli tak, to co z tego? Milsza mi bieda mojej matki i jej Rosz ha-Szana niż nasze żałosne życie.

Dyskusję przerwano, gdy pojawiła się grupa rozzłoszczonych Żydów owiniętych w chałaty i zaczęli krzyczeć:

– Odszczepieńcy! Niedowiarki! W Rosz ha-Szana rąbią drewno! Jak śmiecie po ulicach chodzić z tymi siekierami! Bezmyślni! I wy chcecie budować Erec-Isroel?

Pesach Grin wrócił do kibucu załamany. Zjadł kawałek ciemnego chleba, popił herbatą i zawlókł swoje zmęczone ciało do „międzynarodówki”.

Następnego dnia rano zwołano zebranie. Dyskutowano, co należy zrobić z chorymi. Czy odesłać ich do ich rodziców, czy mają zostać w kibucu.

Sekretarz, towarzysz Gecl, zażądał, aby zebranie ukarało kilku towarzyszy, których nakryto na tym, jak pili herbatę w prywatnym domu. Usunięty z kibucu miał zostać także młodzieniec z Lidy, który chorował na płuca. Jego grzech polegał na tym, że poszedł po poradę do prywatnego lekarza. Jego ojciec w Lidzie usłyszał, że syn zachorował na płuca. Przyjechał niezwłocznie do Wilna i zaprowadził go do lekarza znającego się na chorobach płuc. Było to wykroczeniem, ponieważ leczyć się można było tylko w kibucu. A jeśli nie było ku temu możliwości, to trzeba było uzbroić się w cierpliwość i czekać, a nie iść z ojcem do lekarza.

W dyskusji głos zabrał Pesach Grin. W kibucu miał wielu przyjaciół, którzy często pytali go o radę. Ale żeby go publicznie poprzeć, to już było za wiele – wszyscy się bali. Mogłoby się to zemścić i nie zostaliby zakwalifikowani do alii. Pesach Grin nie mówił nic o chorych, nie mówił też o towarzyszach, którzy pili herbatę w prywatnych domach. Zapytał na zebraniu: „Czy musimy pracować w Rosz ha-Szana i w Jom Kipur? Czy chaluce muszą przysparzać zmartwień wileńskim Żydom? To nie nasza droga, tak robi tylko sowiecka Rosja! Jesteśmy przecież częścią narodu żydowskiego, z którym jesteśmy połączeni i związani. Nie możemy ranić świętych uczuć religijnych Żydów”.

Towarzysz Gecl odpowiedział mu. Powiedział, że ma małomiasteczkową mentalność. Ciągnie go do szabasów i innych świąt, które zostawiliśmy za sobą, a robiąc to spaliliśmy wszystkie mosty. Szabasy i święta nie pasowały zupełnie do ruchu chalucowego.

Pesach Grin znienawidził te wszystkie głupie zasady i dogmaty. Nie bał się pić herbaty u znajomych w mieście. Chodził nawet z nimi do kawiarni na szklankę wody sodowej i lody.

Od czasu do czasu wyjeżdżał z Wilna. Warszawski Komitet Centralny wysyłał go na referaty do okolicznych miasteczek. Tym sposobem poznał wszystkie żydowskie osady w obwodzie wileńskim. Gdy wracał z podróży i miał w kieszeni jeszcze kilka złotych, zabierał z kibucu kilku towarzyszy i razem szli do wyszynku położonego na jednej z wąskich, krętych uliczek dzielnicy żydowskiej i tam najadali się do syta. Pesach Grin nie został w kibucu, chociaż z całego serca chciał.

Także u niego na stopach, między palcami, podobnie jak u innych towarzyszy, pojawił się świerzb. Chodził i ciągle się drapał. Dało mu to bodziec, aby wrócić do domu. Zbliżała się zima, nie można było się już się umyć ani wykąpać w Wilii, która przepływała w pobliżu kibucu. Zabrał swój pusty plecak i opuścił Wilno.

Na korytarzu zaczepił go towarzysz Gecl:

– Naprawdę jedziesz do domu? Od razu wiedziałem, że nie jesteś typem chaluca. Nie mogłeś się przełamać i dopasować do nowego, kolektywnego życia. I jak chcesz się dostać do Erec-Isroel?

– Towarzyszu Gecl, nie martwcie się o mnie. Do Erec Isroel dotrę w inny sposób! – odpowiedział Pesach Grin i zszedł po schodach. Spotkał tam Chajkę, która ścisnęła jego dłoń.

– Szkoda, że wyjeżdżasz. Będę za tobą tęsknić – powiedziała i spuściła smutne oczy.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!