“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 8

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Chasydzi świętują u Ejdże Hendla

W szabas po hawdali u reb Ejdże Hendela spotykali się wszyscy sokołowscy chasydzi.

Kiedyś, gdy czasy były lepsze, a reb Ejdże odnosił w miasteczku sukces za sukcesem, każdego szabasu wieczorem żegnano Królową Szabat uroczystą kolacją. Jedzono, pito, śpiewano chasydzkie niguny i opowiadano historie z Przysuchy i Kocka.

Prawie zawsze w odwiedziny przyjeżdżali chasydzi z Warszawy, Kielc i Białej, którzy chcieli z rebem spędzić szabas. W ostatnich latach przed pierwszą wojną światową interesy reb Ejdże nie szły dobrze. Nic to jednak, zawsze miał się do kogo zwrócić. Jego syn Awrom Hendl, słynny warszawski kupiec, który był głównym odbiorcą skór z fabryki Peipera, pomagał ojcu jak tylko mógł. Tradycję odwiedzania reb Ejdże po hawdali pielęgnowali sokołowscy chasydzi aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Nie urządzano już jednak tak wystawnych uczt na pożegnanie szabasu. Popijano herbatę, opowiadano sobie chasydzkie opowieści i niesiono pociechę chorym.

Reb Ejdże był przystojnym mężczyzną o chasydzkim, dostatnim wyglądzie. Twarz miał czerstwą i krwistą jak czerwone musujące wino. Jego blond-siwa broda była już bardzo przerzedzona, a pomarańczowy kark leniwie opadał na biały kołnierz koszuli. Ubrany był zawsze schludnie i czysto. Na ubraniach nie było ani okruszka, ani pyłku. Nosił rabiniczne, irchowe, podbijane gumą buty, które skrzypiały, podkreślając jego powagę. Spodnie miał zawsze włożone w białe skarpety.

Wzdychał jak prawdziwy bogacz, dumny kocki chasyd. A chasydem był z całych sił, wszystkimi dwustu czterdziestoma ośmioma członkami swojego ciała, ale poważał tylko kockie tradycje. Dobrze dogadywał się ze wszystkimi, mimo że między nim a innymi chasydami zawsze była jakaś niewidzialna bariera. I dawał to innym odczuć. Niech wiedzą, z kim mają do czynienia i nie pozwalają sobie na zbyt wiele! W końcu jest on reb Ejdże Hendlem!

Słynął z uczonego cynizmu, mądrego żartu. Często sypał z rękawa niestosownymi żartami, na jakie tylko reb Ejdże mógł sobie pozwolić. Naśmiewał się i drwił ze wszystkiego i ze wszystkich.

Nic nie robił sobie z rabinów, uczonych i miejscowych możnych obywateli. Jego słowa krążyły w mieście wśród pobożnych i świeckich Żydów. Miejska inteligencka młodzież, działacze społeczni mieli do niego słabość i wielką przyjemność czerpali z rozmów z nim, ale reb Ejdże nie z każdym chciał rozmawiać.

Nie mieszał się w miejską politykę, w kłótnie i spory. Często jednak proszono go o rozjemstwo albo o rozwiązanie narzeczeństwa dwójki chasydzkich dzieci, których rodzice droczyli się i nie chcieli dojść do porozumienia. Gdy reb Ejdże podejmował się załatwienia jakiejś sprawy, wszyscy go słuchali i robili, co im kazał. Był on częstym gościem w domu sokołowskiego rabina. Nie było niczego na dworze, o czym by nie wiedział. Rabin naradzał się z nim w sprawie wszystkich ślubów, rozwodów i sporów.

Na rynku miał kram z tkaninami. Gdy na horyzoncie nie było klientów, kupcy-sąsiedzi zachodzili do reb Ejdże, aby posłuchać jego opowieści. Często też dyskutował z miejskim syjonistycznym działaczem i politykiem Mendelem Łosickim, któremu jako jedynemu nie imponowała mądrość reb Ejdże i znał go jak własną kieszeń.

– Ej, Mendl, wasza wolność to dobra jest. Ludzie mogą robić, na co mają ochotę. Gdy nie boi się Boga, to można grzeszyć, ile wlezie.

– I tu się mylicie, reb Ejdże, skoro sądzicie, że dzisiejsza młodzież wyzwoliła się z powodu grzechów. Sądzicie, że wolność jest tylko po to, aby wyrządzać niegodziwości? My wszyscy zajmujemy się wspólnotą, społeczeństwem i nie mamy czasu grzeszyć.

Ejdże śmiał się wtedy głośno i przez zęby cedził słowa, co brzmiało jakby liczył pieniądze:

– Jesteś wielkim głupcem! Na co wam ten cały interes? Czy opłaca się być wolnym i nie mieć nic na tym świecie i żadnych perspektyw na tamten świat?

Chasydzi cały czas powtarzali jego słowa. Pewnego razu w szabas po modlitwie, gdy wszyscy wracali z besmedreszu do domów, reb Ejdże wyglądał, jakby był jakiś niezdrów. Z jego niebieskich, wielkich i wilgotnych oczu biła melancholia.

– Reb Ejdże, co się dzieje? Nie czujecie się dobrze?

– Oj, dzieci, starość nie radość. Na stare lata to każdy potrzebuje młodej żony.

Chasydzi serdecznie roześmiali się z jego słów.

– Czemu się śmiejecie? Głupcy! Nie rozumiecie o co chodzi? Gdy byłem młody, mogłem wszystko zrobić sam. Wtedy też moja żona była młoda. Dziś, gdy jestem stary i słaby i nic już sam nie zrobię, to babę też mam starą. Idę do domu. Nie czuję się dobrze. Westchnę raz, a ona, ta moja baba, westchnie dwa razy. Dziś przydałaby mi się młoda żona!

W szabasowy wieczór, po kazaniu rabina w besmedreszu i po hawdali sokołowscy chasydzi spotkali się w domu reb Ejdże Hendla na herbatkę. Wszyscy rozmawiali tylko o skandalu i samowoli, do jakich doszło w besmedreszu. Reb Ejdże siedział na przedzie, na wyścielonej kanapie, w szabasowym jedwabnym szlafroku, i obcęgami rozdrabniał cukier.

Miał dobry humor i nie chciał zajmować się tą całą sprawą – machlojkami między partiami politycznymi w miasteczku. Nie brał też udziału w zebraniu u rabina. Gdyby ktoś zapytał go o zdanie, to byłby przeciwny kazaniu rabina.

Siedział uśmiechnięty. Śmiał się na głos, żartował z chasydami, których dzieci należały do organizacji. W końcu zwrócił się do Naftalego Kerszenbauma, człowieka skromnego, cichego, który nigdy na nikogo nie krzyknął.

– Naftalke, słyszysz? Jeśli puścisz twojego Naftalego do organizacji, nie dam ci cukru do herbaty. Będziesz musiał swój własny cukier z domu przynieść. Sam słyszałeś, czego rebe od nas żąda?

– „Nie należy ludziom narzucać dekretem czegoś, czego nie są w stanie przestrzegać” [*parafraza talmudycznego powiedzenia; Awoda zara 36,1] – odpowiedział Haftali popijając gorącą herbatę.

– Co znaczy: ludzie nie są w stanie przestrzegać? Jesteś ojcem czy nie?

– Ejdże, sam też jesteś ojcem. Dlaczego więc twoja córka Liba cię nie słucha?

– Nie mam wpływu na Libę. Nie mieszka u mnie, nie daję jej jedzenia. Ale twój Fejwele je twój chleb – odpowiedział Ejdże i zrobił radosną minę.

– Nie! – krzyknął Naftali, czego nigdy przedtem nie robił. – Mój Fejwl nie je mojego chleba! Jest kupcem, jeździ do Warszawy po towar. To on prowadzi interes, to on mnie karmi!

Od stołu wstał wysoki mężczyzna z czarną, długą brodą. Miał na sobie starą, wytartą i połataną kapotę, którą nosił jeszcze na swoim ślubie. Był to słynny surowy mełamed Mojsze Szaulke. Podniósł dłoń i zakrzyknął:

– Słyszycie? Nie muszę wam przysięgać, ale ja, Mojsze, nie puszczę więcej mojej córki Nechamy do syjonistycznej organizacji, do tych bezbożników. Słuchajcie, takie gierki to nie ze mną! Niech mnie zabiją!

Chasydzi roześmiali się, że Mojsze Szaulke bierze gadaninę na poważnie. Stary chasyd, Mendl Hercke, który kiedyś pojechał do rebego Chaima Isroela z Pilawy, zaczął śpiewać swoim ochrypłym głosem: „A skąd to jaśnie pan?”. A wszyscy zgodnie odpowiedzieli: „Z Pilawy! A co się w tej Pilawie robi? Pije gorzałkę i hula i tańczy w kole…”.

Mojsze Szaulke chowa w szabes buty córki

Na ulicy Koźlej, w sąsiedztwie krawców i łaciarzy Josla Genitke i Kalmana Bera, w domu mieszczącym się przy budynku Towarzystwa Epileptyków, w zbutwiałych czterech ścianach Mojsze Szaulke prowadził swój cheder [*szkoła o charakterze religijnym].

Cheder był w domu, który odziedziczył po swoim dziadku i o który dziedzicząca rodzina kłóciła się całe życie. Był wielkim nerwusem, bez większego powodu niemiłosiernie lał swoich uczniów, ale był dobrym mełamedem i potrafił każdego nauczyć Chumeszu z komentarzami Rasziego [*akronim od Rabbi Szlomo Icchaki], a także Gemary [*tj. Talmudu]. Był biedny i w domu miał gromadkę dzieci, dorosłych synów i córek. Był goły jak święty turecki. W domu nie jedzono nic prócz chleba i kartofli. Tłuszcz wytapiano cały tydzień, aby chociaż był na szabas. Wtedy też jego żona, ruda Chana, niska, chuda kobieta, sama skóra i kości i pożółkła twarz, kupowała owcze nóżki i wołowe kiszki i przyrządzała z nich czulent.

Poza nauką Mojsze Szaulke zarabiał pieniądze na sprzedaży ważnych żydowskich artefaktów. Na Sukot kupował estrogi, a jego synowie Dowid, Szmuel i Mendl zanosili je mieszkańcom miasteczka. Za zarobione pieniądze kupowali ziemniaki na zimę.

Na Pesach ruda Chana wypiekała mace. Pomagały jej w tym wszystkie dzieci. Dowid zagniatał ciasto, Szmuel sypał mąkę, Mendl dolewał wody. Dziewczyny – Nechama i Mincze wałkowały ciasto. Ruda Chana zaś wkładała mace do pieca. Za zarobione pieniądze każdy dostawał na Pesach nowy bawełniany chałat.

Mojszemu także na boku udawało się dorobić kilka groszy. Handlował macą szmurą [*dosł. „strzeżoną”; maca, której każdy etap produkcji jest pod dokładną obserwacją, by zapewnić koszerność], a za zarobione pieniądze uszył sobie nowe buty.

Latem ruda Chana chodziła z dziećmi do lasu zbierać drewno i suche gałęzie. Było tego tyle, że starczało im na opał na cały rok. Zbierali także grzyby. Gotowano je długo w wielkich garach razem z kilkoma kartoflami. Wówczas Mojsze Szaulkle zasiadał do stołu i w wielkiej wyszczerbionej blaszanej misce dostawał swoją porcję. Jak szlachcic gładził czarną brodę, kosztował grzybów i mówił do żony:

– Wiesz co, Chano, dzisiejsze grzyby to niebo w głębie! Lepsze niż mięso!

W swojej biedzie był on człowiekiem dumnym i dostojnym. Przeciwności losu znosił z godnością. Nigdy się nie skarżył, nigdy nie prosił o pomoc. Nie chciał się poniżać jak inni biedacy. Nie utrzymywał też żadnych kontaktów ze swoimi sąsiadami rzemieślnikami. Nigdy też z nimi nie rozmawiał. W Sukot czekał, aż wszyscy krawcy i szewcy zmówią swoje błogosławieństwa i dopiero wtedy wchodził do suki [*szałas, czasami część budynku, wykorzystywana w czasie święta Sukot], żeby odprawić kidusz.

Czy Mojsze miał siedzieć w jednej suce razem z Joslem Genitke i Kalmanem Berem? Nie odwiedzał ich ani w święto, ani w żałobie. Gdy ktoś urządzał wesele dziecku albo obrzezał syna, Mojsze nigdy nie przychodził. Nie bywał nawet na pogrzebach sąsiadów. W starym domu drabina, której używał do wchodzenia na strych, stała przypięta łańcuchem do belki, aby żaden z sąsiadów z niej, nie daj Boże, nie skorzystał.

Gdy do miasta doprowadzono elektryczność, zachwycony przyszedł z besmedreszu i przekazał żonie radosną nowinę:

– Czy wiesz, Chano, jak wspaniałe są boskie cuda? Młynarz Szafran przyniósł do besmedereszu maszynę, która produkuje światło dla całego domu! Nie będzie już potrzebna nafta!

– Co ty mówisz! – Chana uniosła swoją żółtą, piegowatą twarz. – Bez nafty? Jak niby jest to możliwe?

– Chano, nie zrozumiesz tego. Twoja głowa tego nie pojmie. Wyobraź sobie, goj będzie siedział w młynie u Jeszai Szafrana, pokręci kółkiem i zrobi się jasno. Zakręci raz jeszcze, zrobi się ciemno. Jeden goj wystarczy, aby obsłużyć maszynę. Gdy z Bożą pomocą postawią słupy i na naszej ulicy, to i u nas zapłonie światło.

I tak się stało. Mojsze dotrzymał słowa. W domu Josla Genitke światło zabłysło najpierw w mieszkaniu mełameda Mojszego Szaulke.

Przez pierwsze dni siedział z żoną Chaną naprzeciw lampy i obserwował ją z wielką ciekawością. Bacznie przyglądał się, jak wszystko się zaczyna, jak lampa zapala się. Gdy po pewnym czasie sąsiedzi chcieli i do swoich mieszkań dociągnąć elektryczność i pociągnąć drut z korka Mojszego, nie pozwolił na to.

– W żadnym przypadku! Ja, Mojsze, nie będę ciągnął światła z tego samego korka co Josl Genitke.

Nie pomogły żadne tłumaczenia, na nic były spory z sąsiadami. Trzeba był łącze pociągnąć z innego mieszkania.

Trzech synów Mojszego Szaulke poszło w ślady ojca. Nie dali się zmamić przez nowe, rewolucyjne wiatry. Pozostali w jesziwie i żaden z nich nie służył w polskim wojsku. Ojciec uratował ich z gojskich rąk. Wygłodził ich, powyrywał im zęby, powykręcał palce. Męczył ich przez całe miesiące przed poborem.

Przed dniem komisji ojciec surowo pilnował, aby synowie nie zasnęli. Ruda Chana co chwilę zapalała światło. Pomagała, bo nie mogła siedzieć z założonymi rękami i nic nie robić. Z Bożą pomocą udało się wyratować synów z gojskich rąk.

Mojsze Szaulke ożenił ich wszystkich z dziewczętami z okolicznych miasteczek: Dowid wyjechał do Siedlec, Szmuel do Węgrowa, Mendl do Drohiczyna. Otworzyli kramy i zostali kupcami. Ruda Chana powiadała:

– Dzięki Bogu moi synowie zostali kupcami, a nie biednymi mełamedami.

Nechama, starsza córka Mojszego Szaulke, była krawcową i wieczorami chadzała ze swoimi przyjaciółkami do organizacji syjonistycznej mieszczącej się w domu Arona Karplesa. Surowy ojciec i bracia nie mogli ścierpieć wstydu, jaki Nechama im przynosiła. Bo jak to, córka Mojszego Szaulke miałaby chodzić do organizacji?!

– Chano, jesteśmy zmuszeni drzeć szaty w żałobie za naszą Nechamę – Mojsze Szaulke krzyczał wściekły.

– Trzeba ją otruć! – odparł Dowid, najstarszy syn, z melodycznym zaśpiewem, jakby recytował Gemarę.

Nechama nie była jednak byle kim, nie wypadła sroce spod ogona. Potrafiła pyskować i nie słuchała ich gadaniny. Potrafiła także uderzyć. Wszystkich by pobiła, gdyby ktoś tylko podniósł na nią rękę.

Mojsze Szaulke nie mógł nic wskórać. Nie mógł też zapomnieć o wstydzie, jaki sprowadziła na niego córka. W szabes rankiem, gdy Nechama jeszcze spała, zabrał jej buty i schował, aby nie mogła po śniadaniu pójść do organizacji.

Nie to jednak nie pomogło. Nechama otworzyła skrzynię, wyjęła buty i z przyjaciółkami poszła do syjonistów.

Nie dane było Mojszemu Szaulke zaznać pokoju w domu, nie mógł od tego czasu pogodzić się ze swoim losem. Wszystkie dzieci przysparzały mu radości, tylko Nechama go smuciła. – Nechama była czarną owcą w rodzinie…

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!