“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 4

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Bund postanowił, że przedstawienie musi się odbyć, aby udzielić należytej lekcji „Bożym Kozakom” i dać im nauczkę, żeby nigdy więcej nie prześladowali żydowskich aktorów. Robotnicy już wcześniej wykupili wszystkie bilety. Aktorom zapewniono jedzenie i łóżka w domach towarzyszy. Menucha Alter upiekła wielki tort. Wzięła z domowej spiżarni mąkę, cukier i garnuszek z gęsim smalcem, a także kilka rubli. Lea przyniosła pieczoną gęś i gąsior soku wiśniowego. Czeladnik Mordechaj Gołąbek ukradł rzeźnikowi Majerowi Kurcerowi, u którego pracował, wołowe płucka i żołądki i zaniósł je aktorom, aby mieli co jeść. Kilku mężczyzn i kobiet zaprowadzono za miasto do Abrahama Mojszego Tetenbauma, który mieszkał przy rzeźni. Miał on wielką stajnię, w której na strychu leżało świeżo ścięte siano. Położono tam kołdry i urządzono im nocleg.

Lejbele zabrał do siebie przywódcę trupy. Spał z nim razem na jednej ławie, która stała w kuchni domu szewca Mojszego Symchy.

Towarzysze wystarali się także o pozwolenie na wstęp u miejscowej policji. Abraham Mojsze Tanenbaum, u którego aktorzy spali w stajni na sianie, był za pan brat z naczelnikiem. Dał po pięć rubli każdemu ze strażników Kotowowi i Jaworskiemu i otrzymano pozwolenie na występ. Postarano się także, aby w teatrze była muzyka. Zebrano trochę pieniędzy i zamówiono miejscowych klezmerów.

Miejska kapela słynęła w całej okolicy. Wodzirejem był Mojsze Chaim Szpilman, pochodzący z klezmerskiej rodziny Szpilmanów. Był eleganckim, zawsze wystrojonym mężczyzną z arystokratycznie przystrzyżoną bródką. Nosił wyprasowane spodnie z białymi lamówkami, elegancki surdut i białą kamizelkę. Zgrabną posturą przyciągał uwagę innych ludzi. Dobrze znał swój klezmerski fach – wyśmienicie grał i był znawcą klezmerskiej sztuki. Miał też słabość do teatru. On sam wspólnie z jego dziećmi, które miały talent i umiały ładnie śpiewać, wystawił kilka muzycznych operetek.

Gdy przyszła do niego delegacja z przywódcą trupy na czele i zaproponowała mu, aby jego kapela towarzyszyła aktorom, chwilę zwlekał nie wiedząc, czy będzie mu się to opłacało. Wiedział, że aktorzy wywołali poruszenie i złość wśród religijnych Żydów. Czy opłaca mu się mieszać w ten konflikt i zadzierać z pobożnymi Żydami, na których weselach grywał? Czy warto konfliktować się z rabinem, który wkrótce będzie wyprawiał wesele córce?

Ale Mojsze Chaim miał słabość do aktorów. Wiedział, że będzie mógł od nich coś skubnąć i nauczyć się słów i nut wszystkich piosenek ze „Sprzedania Jakuba” i innych przedstawień i operetek. Zgodził się więc zagrać w czasie przedstawienia.

W jego kapeli na klarnecie grał także jego syn Josele. Wdał się on w ojca, był elegancki i przystojny. Miejscowe dziewczęta specjalnie przychodziły na wesela, aby popatrzeć na Josele.

Na bębnie grał blond młodzieniec z kozackimi pejsami i zezowatymi oczami. Był to bębniarz Mordechaj Szepsl. Także jego ojciec Szepsele, mężczyzna niski z wyliniałą brodą dął w trąbkę. Wołano na niego Szepsele Bębniarz, bo wszyscy jego synowie grali na bębnie.

Na kontrabasie rzępolił Hersz Ber, chłop wielki jak dąb, o owłosionej twarzy jak Rosjanin. Na tępej głowie nosił czapkę, kaszkiet z wysokim denkiem, na którym przymocowana była taśma z dwoma guzikami po bokach. Wołano na niego w miasteczku Hersz Ber z „jaliszką”, bo grał na wielkich stojących skrzypcach. Żydzi w miasteczku nie wiedzieli, co to kontrabas, nie znali tego słowa. Sami więc wymyślili określenie na te wielkie skrzypce i nazwali je „jaliszką”. Z tego powodu na klezmera Hersza Bera i całą jego rodzinę wołano „jaliszki”.

Na tle tej różnorodnej kapeli wyróżniał się rudy mężczyzna w okularach. Ubierał się po chasydzku. Nazywał się Hersz Nachum i miał zdolną głowę do studiowania Tory, a do tego był badchenem [*mistrz ceremonii na weselu]. Mojsze Chaim dbał o to, aby jego kapela była zgrana. Gdy ktoś odważył się zaprosić na wesele słynnego badchena reb Berisza, Mojsze Chaim zaraz albo odwoływał występ, albo zachęcał do skorzystania z usług swojego badchena.

Przed przedstawieniem trzeba było przeprowadzić próby, znaleźć statystów i przećwiczyć nowe piosenki. Próby odbywały się w domu bębniarza Szepsla. Mieszkał on na podwórzu synagogi w drewnianym domu w małej izbie, w której stały dwa łóżka z wysoko ułożonymi poduchami. Na ścianach wisiały wielkie obrazy. Na jednej ścianie wisiał obraz przedstawiający nagich Adama i Ewę z listkami figowym na lędźwiach. Nieco z boku wisiał portret Samsona z wykłutymi oczami, gdy niszczył kolumny w pałacu Filistynów. Między oboma obrazami wisiało wielkie jelenie poroże.

Na drugiej ścianie wisiały obrazu przedstawiające Mosesa Montefiore i Dziadka ze Szpoły [*tak w jidysz nazywano cadyka Arie Lejba ze Szpoły, (1726-1811)]. Na stole zawsze siedział czarny kot z białymi łatkami. Kota wszyscy sąsiedzi, a także Szepsele, nazywali Mindele. Gdy Szepsele wychodził na podwórze szukać kota, rozpytywał wszystkich wokół, czy nie widzieli jego Mindele.

Bębniarz Szepsele był także golibrodą. Wszyscy pobożni Żydzi i ich synowie chodzili się do niego strzyc. Stał on tak z nożycami w ręku i strzygł pobożne głowy. Robił to starannie i nikt nie wychodził od niego z zadrapaniami.

Na kominie stał garnuszek, w którym gotowano jedzenie. Stała tam zawsze twarzą zwróconą w stronę garnków jego żona Tejle Rechl, potężna, gruba kobieta. Szepsele coraz to podchodził do komina i w czasie strzyżenia zaglądał do garnków, sprawdzić, co żona dziś gotuje na obiad.

– Tejle Rechl, zapomniałaś rozbić mięso! Tejle Rechl, nie posoliłaś rosołu!

Drewno do ognia musiał podkładać sam, nigdy nie zdawał się w tej kwestii na swoją żonę.

Szepsele z żoną mieli oddzielne kasy. Gdy trzeba było kupić mięso, składali się i kupowali razem. Co pewien czas otrzymywali od syna z Ameryki pieniądze, który pisał wyraźnie: „Dla matki przesyłam oddzielne dziesięć dolarów”. Często kłócili się dzieląc porcje mięsa, a gdy nie mogli dojść do porozumienia, Szepsele mówił do żony:

– Tejle Rechl, odsprzedaj mi twoją porcję mięsa. – I wiele razy zawierano transakcję jeszcze w trakcie gotowania.

Tejle Rechl była jednak smakoszką i sama chętnie kosztowała cielęcinkę z rosołu. Zawsze gdy Szepsele wchodził na strych po kilka drewienek, wsadzała do zupy palce i wyjmowała kawałki mięsa. Ale bębniarz Szepsele nie dawał się oszukać. Wiedział, że gdy wchodzi na strych po drewno, żona go okrada. Wpadł więc na następujący pomysł. Gdy wchodził na strych, kazał żonie Tejle Rechl klaskać w ręce. Wiedział wtedy, że ma zajęte ręce i nie wtyka ich do garnka.

Tejle Rechl była jednak mądrzejsza niż jej mąż. Podciągała sukienkę i jedną ręką uderzała o nagie uda, drugą zaś wyciągała z garnka kawałeczki mięsa i wkładała prosto do buzi.

*

W mieszkaniu Szepsele odbywały się próby. Poza aktorami ściągnięto krawieckich i szewskich czeladników, którzy mieli grać synów Jakuba.

Każdego wieczora na podwórzu synagogi pełno było ludzi. Okupowali okna domu bębniarza Szepsele i słuchali pieśni, które chór śpiewał w „Sprzedaniu Józefa”.

„Pijcie, pijcie drodzy bracia,
wieczorem będziemy pieśni śpiewać.
Pijcie, pijcie dobrzy ludzie,
wieczorem Bóg nas pobłogosławi.
Pijcie, pijcie drogie dzieci,
wieczorem zaprowadzą owce do krów…”

Dzień przed przedstawieniem Mojsze Mordechaj zwołał zebranie wszystkich towarzyszy i aktorów. Na drodze do nowego cmentarza [*przy obecnej ul. Bartoszowej], która prowadzi dalej do Przywózk, tuż obok rosyjskiej cerkwi [*na skrzyżowaniu ulic Siedleckiej i Repkowskiej] leżała rozległa dolina. Był tam też dół pełen żółtego piachu. Wszystkie kobiety z żydowskiej biedoty zbierały ten żółty piach i posypywały nim podłogę na cześć świętego szabasu.

Na tym żółtym piachu rozsiadło się towarzystwo, aby wysłuchać wystąpienia Mojszego Mordechaja. Odbywało się to kilka tygodni przed Jamim Noraim. Chłodny wiaterek zawiewał znad skoszonych pól. Słońce zachodziło za horyzont jak ognista kula znikająca za górą i swoimi ostatnimi promieniami zalewało całą okolicę.

Gasły one na wysokich, mieniących się złotem i budzących strach krzyżach rosyjskiej cerkwi. Bosi pastuszkowie prowadzili do zagród owce i przyglądali się Żydom, kierując w ich stronę smagane wiatrem twarze i szczerząc zepsute zęby wystające z otwartych gęb.

Zapadał zmierzch. Chmura objęła czarnymi skrzydłami rosyjską cerkiew. Przez wysokie topole docierał tylko odgłos dzwonów nawołujących z nabożnością na wieczorne modlitwy: „bim-bam, bim-bam”. Gdy tylko przyprawiające o dreszcze kościelne dzwony umilkły, Mojsze Mordechaj rozpoczął swoją przemowę.

– Nasza walka skierowana jest przeciwko dwóm wrogom. Ten pierwszy to wróg z zewnątrz. Jest potężny, zniewolił już wiele narodów i miliony ludzi żyją przez niego w biedzie i nędzy. Nie chce dać on narodom wolności, abyśmy sami mogli decydować o swoim losie. Ten wróg rządzi siłą wojska i armat. Przysięgaliśmy na śmierć i życie, że razem ze wszystkimi ciemiężonymi narodami zerwiemy łańcuchy zniewolenia i usuniemy z tronu carskiego monarchę!

Czy mamy się obawiać naszego drugiego wroga, wroga wewnętrznego, który religijnym przymusem chce zamknąć nas w getcie i przeszkodzić nam w podążaniu nową drogą, drogą do wolności i szczęścia?

Setki lat ta religijność zduszała w nas radość. Walka z ciemnymi fanatykami jest częścią ogólnej walki. Jutro wszyscy mają być na przedstawieniu i pokazać, że żydowscy robotnicy nie boją się żadnego terroru. Odetniemy każdą rękę podniesioną na żydowskich aktorów!

Na ulicy Siedleckiej przy studni stała duża drewniana szopa. Należała do straży ogniowej i od niej ją podnajęto. Wyjęto beczki, gumowe szlauchy i długie drabiny. Stolarz Kalman Chil i kilku innych rzemieślników poznosili ze wszystkich składów drewna deski i szybko zrobili z nich scenę i ławki. Woźnice oddali swoje wielkie latarnie, wlano do nich naftę i powieszono na belkach. Menucha Alter i Lea przyniosły pluszowe koce, aby z nich uszyć kurtynę.

Drewniana szopa pełna była ludzi. W pierwszym rzędzie siedzieli włodarze miasteczka oraz Menucha Alter i Lea ze swoim ukochanym Lejbele. Przy drzwiach stali dorodni, silni miejscowi młodzieńcy. Bilety sprawdzał Kalman Chil. Z szopy biła radość. Publiczność śpiewała, zanim jeszcze rozpoczęło się przedstawienie.

Hałas, zgiełk jak w synagodze podczas procesji w Simchat Tora [*święto z okazji zakończenia rocznego cyklu czytania Tory]. Wszystkie oczy zwrócone w stronę pluszowej kurtyny, która kołysała się na długim sznurze przyszytym przez bogate towarzyszki. Mojsze Chaim Kapłan ze swoją kapelą stali tuż przy scenie. Na wielkiej strażackiej beczce leżały nuty. On sam wyglądał jak szlachcic, który zbłądził do małego, brudnego, ciemnego miasteczka.

Gdy Lejbele i Lea przechodzili obok, Szepsele powiedział do badchena Hersza Nachuma:

– Herszu Nachumie, co powiesz o tej parze? Jałóweczka dała się złapać Lejbele. Będą twoimi sąsiadami. Będą mieszkać obok ciebie na ulicy Łaziebnej.

– Głupcze, przecież jeszcze ślubu nie wzięli. Dla niej to tylko zabawa. Nie zostanie synową Mojszego Symchy. Uwierz mi, wiem, co mówię!

– Niech jej się wiedzie tak, jaką byłaby synową – odpowiedział Szepsele i zaczął stroić trąbkę.

*

Gdy artyści stali już w swoich historycznych turbanach i długich doklejonych brodach, Mojsze Chaim Szpilman naciągał struny swoich skrzypiec, a jego syn Josele wygrywał pierwsze takty na swoim klarnecie, ktoś krzyknął: „Rabin idzie!”.

Mojsze Chaim wszedł na scenę i schował się za kurtyną. Szepsele, Hersz Nachum i Hersz Ber skryli się za wielkimi beczkami. Ludzie zaczęli skakać po wielkich ławach i biec w kierunku drzwi, przy których stali Kalman Chil i inni silni młodzieńcy.

– Nikt stąd nie wyjdzie! Nie boimy się rabina, przedstawienie się odbędzie!

Młodzieniaszki z pistoletami w dłoniach stanęli przy drzwiach i nikogo nie wypuścili.

Rebe w towarzystwie kilkudziesięciu starszych Żydów podszedł do drzwi.

– Kalmanie Chilele, otwórzcie drzwi –warknął rabin.

– Rebe, nie otworzę! Nie wpuszczę was!

– Kto tam u was dowodzi? Kto jest wodzem?

– Mojsze Mordechaj!

– Kto? Syn magida Isroela Lejbele? Zawołaj go tutaj!

Mojsze Mordechaj spokojnym krokiem podszedł do rabina.

– Powiedzże synu Isroela Lejbele, czemu nie chcą mnie wpuścić do środka?

– Bo przyszliście przeszkadzać, bić się, dlatego was nie wpuścimy.

– Nie będziemy przeszkadzać. Chcę tylko popatrzeć, kto tam u was jest.

Mojsze Mordechaj otworzył drzwi i do szopy weszli rabin z mełamedem Mojszem Aronem. Reszta pozostała na zewnątrz.

– Czy są tu rozpustnice Altera Dowida? – rebe zwrócił się do Mojszego Mordechaja.

– Rebe, to nie są żadne rozpustnice, a towarzyszki z Bundu. I nie tylko one, wiele bogatych chasydzkich cór jest tu z nami.

– Powiedz mi, z jakiego powodu ci komedianci, te pajace stroją sobie żarty z naszych świętych praojców i grają „Sprzedanie Józefa”?

– Nie rebe, oni nie robią sobie żartów. Oni dają naszemu biednemu żydowskiemu miasteczku radość, śpiew, wiarę. Także niegdysiejsi nauczyciele rozweselali ludzi różnymi sztuczkami. W czasie Simchat Bejt ha-Szoewa [*rytuał pierwszego dnia święta Sukot] Szymon ben Gamaliel rozbawiał Żydów w Jerozolimie. Podrzucał ośmioma płonącymi pochodniami, tak że jedna nie dotykała drugiej. To rozweselało ludzi. Ale dla was to pajacowanie, żarty.

Rabin surowym wzrokiem patrzył na tego mądralę. Chciał spoliczkować go za tę zuchwałą gadaninę. Powstrzymał się jednak i pomyślał: „Teraz to już zupełnie inne czasy, inne lata”. To nie to co kiedyś, gdy wychłostał młodego wówczas kapelusznika Michoela Hersza i uderzył go w jego trefną mordę. Weź się teraz mierz ze strajkującymi, z buńczucznymi młodzieńcami, którzy noszą przy sobie pistolety, i których boi się nawet policja. Zrozumiał, że trzeba opanować zło i rozmawiać spokojnie z tym towarzystwem. Położył dłoń na ramieniu Mojszego Mordechaja i ojcowsko spoglądając na niego, zapytał:

– Powiedz mi, jak to się stało, że syn Isroela Lejbele przyjaźni się z buntownikami?

– Moja droga nie jest sprzeczna z drogą mojego ojca. Wasze sprawki we wszystkich żydowskich miasteczkach, wygnanie aktorów, używanie w tym celu policji to nie są żydowskie czyny! Wasz pradziadek, reb Mendele z Kocka, razem ze swoim szwagrem Icchokiem Majerem, rabinem z Góry Kalwarii, wspierali polskie powstanie. Wystosowali odezwę do bogatych Żydów, aby ci pomogli powstańcom w walce z carem. Wasz dziadek został zmuszony do ucieczki z Tomaszowa i przed długi czas musiał się ukrywać we Lwowie.

Rabin swoim ognistym spojrzeniem wodził po publiczności, złapał mełameda Mojszego Arona za rękę i powiedział:

– Chodź do domu, nie będę się zadawał ze strajkującymi, z socjalistami!

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!