“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 6

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Miłość na spółkę

Spośród młodzieńców przesiadujących w sztyblu chasydów z Białej Podlaskiej było dwóch takich – Menachem i Azriel, którzy zawsze trzymali się razem. Jeden nie ruszał się bez drugiego ani na krok.

Menachem był wysoki i miał ogniste oczy. Nosił długą, powycieraną kapotę. Był jednym z najlepszych studentów w sztyblu. Jego rodzice byli bardzo biedni, mieszkali w piwnicy wśród przekupek przy besmedreszu na Małym Rynku i wypiekali gryczane babki.

Azriel był eleganckim młodzieńcem z czerwonymi, okrągłymi policzkami. Był też jedynakiem. Jego rodzice mieli sklep farbiarski i własny dom. Sztybel znajdował się właśnie w jednym z pomieszczeń tego domu.

Azriel nie miał głowy do studiowania Tory. Jego ojciec, farbiarz Awrom, starał się jak mógł i robił wszystko, aby jego syn mógł całymi dniami studiować. W tym celu wysłał go do brzeskiej jesziwy. Miał najlepszych nauczycieli, ale nie było to na jego głowę. Od czasu do czasu wieczorami zaglądał do Gemary, którą jego przyjaciel Menachem pilnie studiował, ale aby ją pilnie przestudiować – to, to już nie.

Farbiarz Awrom czasem zwracał się do Menachemem z prośbą, aby ten pilnował jego syna i pozwalał, aby razem studiowali.

– Menachemie, studiuj z moim Azrielem co wieczór. Kupię ci za to prezent – zegarek! – błagał farbiarz Menachema.

W dni targowe, gdy sklep farbiarza Awroma pełen był chłopów i chłopek, a farbiarka Riwkele w ubłoconej spódnicy i z brudną od sadzy twarzą, nie mogła poradzić dobie z klientami, także Azriel stał przy kasie i liczył pieniądze, które goje płacili za farby.

Gdy wieczorem spotykał się ze swoim przyjacielem w bialskopodlaskim sztyblu albo na grze w karty z innymi młodzieńcami z miasteczka, kieszenie Azriela pełne były srebrnych monet. Azriel wszędzie chodził ze swoim przyjacielem Menachemem. Gdy kupowali łakocie, ciepłe kiełbaski, które popijali piwem, Azriel płacił pieniędzmi, które wyjmował z ojcowskiej szuflady. Gdy Azriel kupił sztywny biały kołnierz, za który dostał od ojca lanie, okazało się, że w rzeczywistości kupił dwa, jeden dla Menachema.

Farbiarz Awrom był bardzo chorowitym człowiekiem. Ciągle latał po lekarzach. Więcej czasu spędzał leżąc w łóżku niż na nogach. Azriel ciągle musiał chodzić do apteki, która znajdowała się na ulicy Węgrowskiej [*obecnie zachodnia część ul. Wolności] i kupować tam leki przepisane ojcu przez najrozmaitszych lekarzy. Obok apteki mieszkała Malka Szpiner, dziewczyna o bladej twarzy i dwóch cienkich warkoczach. Malka chętnie czytała książki i obracała się w socjalistycznych kręgach. Była jednak nieco zarozumiała i nie chciała kolegować się z prostymi młodzieńcami, tak jak robiły to inne chasydzkie córki.

Szukała porządnego, pobożnego mężczyzny, z którym mogłaby spacerować. W oko rzucił jej się wystrojony młodzieniec, który przechodził obok jej domu idąc do apteki. Od tego czasu wiele wieczorów spędzili spacerując za miastem, za starym cmentarzem.

Azriel w czasie spacerów miał kieszenie pełne czekolady i chałwy. Słodycze bardzo mu się przydały. Zamiast rozmawiać z wybranką, co raz to wkładał w jej cieniutkie usta kawałeczki czekolady.

Po wielu miesiącach romansowania Azriel poszedł o krok dalej, stał się śmielszy, bardziej zuchwały i głaskał jej splecione warkocze. Trzymał je jak klejnoty, jak estrog przed błogosławieństwem. Nigdy w swoim życiu nie czuł takiej przyjemności jak wówczas, gdy trzymał i głaskał warkocze Malki. Jego przyjaciel Menachem był bardzo zafrapowany – minęło tyle czasu, a Azriela jak nie było, tak nie ma. Czekają na niego z kartami, a on nie przychodzi. Gdzież on jest?

Gdy spotkali się w szabas w bialskopodlaskim sztyblu, Azriel zdradził Menachemowi swoją tajemnicę:

– Spaceruję z Malką Szpiner za starym cmentarzem. To bardzo oczytana dziewczyna, czyta dużo książek.

– Skąd ją znasz? – Menachem wytrzeszczył swoje ogniste oczy.

– Poznaliśmy się przy aptece.

– A co takiego porabiacie? O czym rozmawiacie?

– Ona opowiada o tym, co przeczytała, i o nowym świecie, który zbudują socjaliści.

– To wszystko? – Menachem wzruszył ramionami.

– Ma dwa piękne plecione warkocze. Na spacerze biorę je w dłonie i bawię się nimi.

Menachem wziął Azriela pod ramię i zwrócił się do niego przyjacielsko:

– Weź mnie ze sobą, będziemy spacerować w trójkę. Ona będzie szła w środku, a my po jej obu stronach. Ty będziesz trzymał jeden warkocz, a ja drugi.

I tak długimi tygodniami spacerowali z Malką Szpiner za starym cmentarzem. Dzielili się swoim szczęściem, na spółkę trzymali i głaskali jej warkocze.

Zbliżała się jesień ze swoimi zamglonymi deszczowymi dniami. Droga do cmentarza była zabłocona, pełna gliny i nie dało się po niej spacerować. Menachem wytężył swoją mądrą głowę i myślał, jak znaleźć miejsce, w którym mogliby się spotykać z Malką Szpiner. Koniec końców w jego głowie pojawił się pomysł:

– Słuchaj, Azriel, wymyśliłem, gdzie i jak możemy się spotykać z Malkele. O dziewiątej zamykają bialskopodlaski sztybel. Klucz zanoszą przecież do twojego domu, a twoja matka trzyma go w swojej watowanej szubie. Gdy położy się spać, wyjmiesz go i będziemy mogli z Malką się tam wkraść. Twoi rodzice wcześnie chodzą spać, nic nie usłyszą.

Azriel wieczorami, gdy rodzice leżeli już w łóżku, wyjmował kluczyk do sztybla, który znajdował się na piętrze ich domu, tuż nad ich mieszkaniem. Cichaczem, na koniuszkach palców, jak złodzieje wkradali się z Malką do bialskopodlaskiego sztybla.

W sztyblu przy ścianie stał piec kaflowy. Stawali więc przy nim, aby nieco się ogrzać. Malka Szpiner stała przy piecu z przodu, a dwaj młodzieńcy po jej obu stronach. Trzymali jej plecione warkocze i ogrzewali przy piecu swoje zmarznięte ciała.

Nagle dał się słyszeć krzyk. Farbiarka Riwkele zerwała się ze snu i głośno krzyknęła:

– Awrom, zakładaj spodnie! W sztyblu są złodzieje! Kradną Torę! Ktoś zabrał mi klucz!

Farbiarz Awrom i jego żona chwycili lampę i wspięli się do sztybla. Menachem nie stracił fasonu. Wziął Azriela i Malkę pod rękę i kazał im stanąć za drzwiami tuż przy wejściu. Gdy małżonkowie otworzyli drzwi, Menachem machnął czapką przed lampą, a ta zaraz zgasła.

– Gwałtu, złodzieje! Gwałtu, złodzieje! – zaczęli krzyczeć rodzice.

Wszyscy troje rozpłynęli się w ciemności. Następnego dnia w miasteczku było gwarno jak w ulu. Rwetes i zgiełk! Złodzieje chcieli z bialskopodlaskiego sztybla wykraść zwój Tory.

Pogrzeb towarzyszki Nechy

Krawcowa Necha Waligóra wiele lat mieszkała w Warszawie. W stolicy przeziębiła się i wróciła śmiertelnie chora do biednej matki do domu.

W starej ruderze, na strychu domu handlarza zbożem, Herszla Abusze, pewnego zimowego mroźnego dnia jej dusza opuściła ciało.

Śmierć Nechy pogrążyła miasteczko w żałobie. Po raz pierwszy w miasteczkowym życiu śmierć prostej dziewczyny z ludu wzbudziła takie poruszenie i wzburzyła, rozgniewała całe żydowskie społeczeństwo. Przez pokolenia ludzie przyzwyczajeni byli oddawać ostatnią posługę i urządzać wielkie pogrzeby z przemowami tylko rabinom, uczonym i bogaczom. Ale takiego doniosłego pogrzebu i takiego konduktu żałobnego, jaki miała towarzyszka Necha, miasteczko nigdy nie widziało.

Na wszystkich ulicach, na ścianach domów i na płotach wisiały żałobne obwieszczenia, które czarnymi literami wzywały wszystkich robotników do przerwania pracy i towarzyszenia Nesze w jej ostatniej drodze. Wtuleni w siebie ludzie stali i w siarczysty mróz czytali obwieszczenia rozwiewane przez złe wiatry chcące je zerwać z drewnianych płotów.

Wielu tylko wzruszało ramionami, marszczyło i tak już zmartwione czoła na samą myśl o tym dziwacznym pomyśle prostej, biednej socjalistycznej młodzieży i z pobłażaniem kręciło głowami spiesząc na modlitwy do besmedreszu. Żona mełameda Majera Pecznera, Mindele, kobieta o ostrym języku i świecących czarnych oczach, która miała kram z torfem pod sklepem Arona Karpelsa, wystraszyła się tego dziwnego plakatu z czarnymi literami, który szewski czeladnik Srul Arie Koza powiesił na drzwiach jej kramu. Tak się zdenerwowała, że nie wiedziała, co z tym nieszczęściem zrobić. Bała się zerwać, bo nie wiedziała, jak zareagują na to towarzysze. Z impetem zdjęła więc kociołek z połatanej, brudnej spódnicy i sinymi zasmolonymi palcami zamknęła kram.

Przed domem Arona Karplesa, gdzie swoje siedziby miały Bund i Poalej Syjon, zebrali się robotnicy, którzy przerwali pracę. Mindele, żona mełameda, błyszczącymi oczami obserwowała to zebranie i szybko uciekła do domu, zbiegając prawie w dół ulicą do domu Jankiela Manesa, w którym mieszkała. Do izby weszła zdenerwowana, dopadła do glinianego pieca i jakby sama do siebie mówiła:

– Dziwny ten świat. Zmarła służka, krawcowa, a tu takie poruszenie, tyle hałasu o nic. A na ulicach taki bałagan, dziewczyny i młodzieńcy latają jak szaleni, chcą jej urządzić gojski pogrzeb.

– Co? Komu? – zapytał stary mełamed Jakow Lejb.

– Tej dziewusze Nesze, córce Szaula, która siedziała długo w Warszawie na Karmelickiej.

– No i co z nią?

– Umarła.

– Pokój jej duszy – powiedział Jakow Lejb i zamknął Gemarę.

– Ludzie wzywają do przerwania pracy. Wszyscy mają wziąć jutro udział w pogrzebie. Będą nieść wieńce i sztandary jak u gojów, bo siedziała w więzieniu.

– Ale nie za kradzież, nie daj Boże? Wiele bogatych dzieci też siedziało. Znałem jej ojca, Szaulke. Dobry był to chłop. Razem modliliśmy się w sztyblu – odpowiedział Jakow Lejb żonie i nakazał uczniom rozejść się do domów.

Miasteczko otulone było białym śniegiem. Na ulicy Pięknej, gdzie leżało martwe ciało, zebrały się setki robotników. Grupa bundystów i syjonistów Poalej poszła na cmentarz i bez pozwolenia gminy wykopali grób na samym środku, między macewami zmarłych bogaczy, dokładnie w miejscu, które starzec i miejski uczony reb Lejbele kupił od gminy na swój grób.

We wszystkich warsztatach przerwano pracę. U krawca damskiego Jehudy Hersza było tłoczno i głośno. Właśnie szyto wiano i suknie ślubne dla córki znanego bogacza z okolicy, reb Aszera Lozewera. Jutro, gdy będzie odbywać się pogrzeb towarzyszki Nety, Aszer Lozewer będzie wyprawiał wesele swojej córce. Ślub odbędzie się w pałacu brzozowskiego szlachcica i wielu szlachciców przyjedzie na wesele skosztować żydowskiej ryby. Służbę i klezmerów sprowadzono prosto z Warszawy. Badchen Berisz, który słynął na całe Podlasie, będzie swoimi rymami przeplatywanymi z polskimi dowcipami zabawiał gości-szlachciców.

Krawcowe odłożyły jedwabne i atłasowe suknie i odmówiły dalszej pracy. Jehuda Lejb latał zdenerwowany i krzyczał:

– Zarzynacie mnie bez noża! Rano z samego rana wyprawa musi być gotowa! Rano przyjedzie specjalny posłaniec z dworu po stroje. Rujnujecie mnie.

Krawcowa Matl Ander o niebieskich oczach, odpowiedziała mu ostro:

– Dziś mamy żałobę! Zmarła nasz towarzyszka. Czego chcecie? Zaraz pogrzeb, a my mamy siedzieć i szyć suknie ślubne dla Aszera Lozewera, dla córki bogacza?

W lokalu Poalej Syjon chór powtarzał pieśni, które miał zaśpiewać na pogrzebie. Chaim Noach Winogóra, który później został artystą w państwowym żydowsko-rosyjskim teatrze, stał wyprostowany jak struna. Złościł się na fałszujących tenorów i krzyczał do Dowida i Szlojme Berów:

– Czy wydaje wam się, że śpiewacie teraz z waszym ojcem w besmedreszu w czasie Rosz ha-Szana [*Nowy Rok]? Nie piejcie tak! Trochę ciszej, więcej uczucia, więcej serca. Mamy śpiewać na pogrzebie.

Na ulicy w mroźną noc stali ludzie i wsłuchiwali się w śpiew, który dobiegał z domu Arona Karpelsa:

„W żalu toniemy i we łzach,
podnosimy ręce i przysięgamy
walczyć, walczyć jak ty”.

Następnego dnia wcześnie rano, w głębokim śniegu, wszyscy robotnicy z miasteczka z czarnymi opaskami na ramionach wypełnili ulice.

Wielu udało się do pobliskiego sosnowego lasku, gdzie łamali gałęzie i pletli wieńce przepasane czarną krepą. Powstał długi łańcuch z ludzkich rąk, który ciągnął się od ulicy Pięknej do szosy Siedleckiej.

Miasteczko mieniło się białym śniegiem, zewsząd wiało cichym, czystym smutkiem. Nie był to smutek uniżonych, obrażanych, zawstydzanych, ale smutek ludzi powstających, którzy z podciętymi skrzydłami szybują w stronę piękniejszego, lepszego świata.

Polscy sąsiedzi podkręcali tylko wąsy i ze zdziwieniem patrzyli na ten dziwny pochód. Nigdy czegoś takiego u Żydów nie widzieli. Po raz pierwszy w miasteczku przebudziły się skrywane siły. Ulicą ciągnęły masy jakichś innych, dumnych Żydów, nadając śmierci żydowskiej proletariackiej dziewczyny nowe znaczenie, nową formę. Jej śmierć obwieszczała, że nowe żydowskie życie będzie rodzić się w starym, zanikających świecie.

Gdy pochód rozciągnął się na całą zaśnieżoną ulicę prowadzącą na nowy cmentarz, gdy tysiące żydowskich stóp stąpały po wielkich śniegach, a chór śpiewał na siarczystym mrozie:

„Dobrzy przyjaciele, gdy umrzecie,
zanieście na mój grób nasz sztandar,
czerwony sztandar wolności
zbroczony krwią robotnika”.

W siedzibie gminy na specjalnym zebraniu spotkali się włodarze miasta. Wielu religijnych dozorów [*urzędników] nalegało, aby natychmiast zwrócić się do starostwa. Tylko w ten sposób policja będzie mogła powstrzymać pogrzeb i złożenie zwłok w miejscu, które w tym celu towarzysze wykopali. Żądano, aby pogrzeb odbył się w innym miejscu, które wyznaczy gmina. Nie osiągnięto jednak porozumienia. Postanowiono więc zwołać kolejne zebranie w szabas u rabina w domu.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!