“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 2

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Gdy wyrzucono go ze sztybla chasydów z Mszczonowa i z besmederszu, Jakub Tejtelbaum pojechał do mszczonowskiego rebego Menachema Kalisza, prosić go, aby ten wpłynął na swoich chasydów i by ci przestali go prześladować. Zanim jednak Jakub zdążył otworzyć buzię, rebe powiedział:

– Jankele, wiem, co chcesz mi powiedzieć.

Rebe wziął Jakuba pod rękę i pogładził jego czarną, krótką brodę, aby sprawdzić, czy nie została podcięta.

– Zrozum Jakubie – rabin mówił spokojnie. – Podnoszenie ręki nie jest dobrą cechą. Pozory mylą. Trzeba się wyposażyć w siłę, aby być Żydem. Grzeszne myśli trzeba od siebie biczem odganiać. Doniesiono mi, że przyniosłeś do domu „Ahawat Cijon” litewskiego pisarza Abrahama Mapu, i że czytali to inni młodzieńcy. Powiedz mi, Jankielu, czy czytanie zmyślonych bajek o miłości-sryłości zwalnia ze studiowania Tory? Szkoda, masz bystrą głowę! Powiedz mi, czy zaglądasz jeszcze do religijnych ksiąg?

– Tak, rebe – Jakub Placek odpowiedział. – Ale mówią mi w domu, że moje ich zrozumienie jest heretyckie.

Rebe obiecał mu, że rozkaże swoim chasydom, aby go zostawili w spokoju i pozwolili dalej modlić się w sztyblu. Gdy się żegnali, rebe długo ściskał jego dłoń i powiedział:

– Twoja droga jest niebezpieczna. To tak, jakbyś rzucał gorącym węglem w stóg siana. Jedna iskra może spowodować pożar. Pamiętaj, Jankele, porzuć te głupoty. Studiuj, słyszysz? Masz mądrą głowę, zawsze ci to pomoże.

Jakub Placek nie rozniecił pożaru w miasteczku. Udało mu się jednak rozpalić małe ogniki w ciemnych uliczkach, oświetliły one drogę, którą podążały dwie narodowe rewolucje: syjonistyczna i bundowska.

Długo, bardzo długo ludzie w miasteczku wspominali jego imię. Gdy pobożni rodzice kłócili się ze swoimi dziećmi, zawsze wspominali Jakuba Placka. To on ponosił winę, on zwiódł wszystkie żydowskie dzieci. Wszyscy pobożni Żydzi cieszyli się, gdy rabin odszczepieńców tuż przed I wojną światową wyjechał do Ameryki.

Jakub Placek także tam nie zapomniał o tym, czego nauczył się za młodu. Czterdzieści trzy lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych, a na koniec, będąc już starcem, pojechał do Erec-Isroel i osiadł w Jerozolimie. Mieszka dziś na Rechawii przy ulicy Beniamina z Tudeli, przesiaduje na balkonie, a w swoich drżących rękach trzyma książkę, patrzy starymi, matowymi oczami na góry, które opowiadają tysiącletnią żydowską historię, na dzikie piękno, które przypomina z daleka nagie pustynne głazy, na małe, młodziutkie drzewka, które wyginają zielone korony ku skalistemu pustkowiu wokół Jerozolimy.

Naprzeciw jego domu budują piękną, nową synagogę. Jakub Placek, którego pięćdziesiąt pięć lat temu spoliczkowano w sztyblu chasydów z Mszczonowa za „Ahawat Cijon” Abrahama Mapu, wyłożył na synagogę 15 000 dolarów. Gdy przyjeżdżają jego krajanie, prowadzi ich do synagogi i pokazuje im z wielkim zadowoleniem. Wspomina tamte lata, odpływa w myślach do tamtych bitew prowadzonych w miasteczku.
Długa droga prowadzi z mszczonowskiego sztybla do Ameryki, i stamtąd do Izraela, do Jerozolimy. Po drodze jest jeszcze krwawa granica. Jakub Tejtelbaum należy do tych, którzy tę drogę naznaczyli.

Syn magida

Dwaj młodzieńcy, którzy inspirowali, wyciskali piętno i buntowali młodzieńców z besmederszu i wszystkich robotników oraz nauczyli ich czytać książki, wyrośli z żydowskiej biedy. Nie pochodzili z bogatych domów, nie mieli zamożnych rodziców, prowadzili skromne żydowskie życie na ciemnych i brudnych uliczkach.

Ojciec syjonistycznego działacza, Jakuba Tejtelbauma, był rzeźnikiem. Ojciec Mojszego Mordechaja, rewolucjonisty – bundysty, który zagrzewał robotników do walki, organizował pierwsze strajki w miasteczku i objął ochroną żydowskich aktorów, których religijni Żydzi chcieli wygnać z miasteczka, był biednym synem magida [*kaznodzieja (hebr.)], a jego matka roznosiła mleko po domach bogaczy.
Po obu stronach ulicy Siedleckiej stały dwa rzędy drewnianych domów. Ulicę przecinał zbutwiały mostek, pod którym spotykały się strumienie wody ze wszystkich okolicznych placów i uliczek.

Woda spływała rynsztokiem aż do strugi, która płynęła za miastem. Gdy padało, tworzył się wielki staw, a woda rozlewała się po brudnej szosie. Latem dzieci zakasywały nogawki i bosymi nogami taplały się w wielkim błocie.

Zimą rynsztok i okoliczne kałuże zamarzały i wszyscy uczniowie chederów ślizgali się po zamarzniętym bagnie.

Przy rynsztoku stał stary drewniany dom z dziurawym, gontowym dachem. Dom należał do stolarza Mendla, grubego mężczyzny o szerokich, wielkich rękach i do Basi Naski Chindyk, drobnej kobiety, sama skóra i kości. Na jej wąskich i chudych ramionach chwiała się głowa, jak u psa.

W domu tym mieszkał magid Isroel Lejbele. W besmedreszu wygłaszał on od świtu do zmierzchu swoje nieporadne kazania. Do kazań, które wygłaszał także w okolicznych miasteczkach i wioskach, wplatał aforyzmy z Talmudu i rabiniczne oraz chasydzkie przypowiastki o Bal Szem Towie [*1698-1760; rabin, jeden z twórców chasydyzmu], Wielkim Magidzie z Międzyrzecza, reb Zusji z Annopola i reb [Arie] Lejb Sares.

Isroel Lejbele także był kantorem. W piątkowe wieczory podczas szabasowej uczty przy oknie jego izby zbierali się sąsiedzi i przysłuchiwali się jak śpiewa z prawdziwą ekstazą szabasowe pieśni.

Jego syn Mojsze Mordechaj wdał się w niego. Także on znał wiele chasydzkich opowieści, rabinicznych powiedzeń i przypowiastek z Tory. Z otwartą głową słuchał ojcowskich kazań, od czasu do czasu także zaglądał do chasydzkich ksiąg reb Lewiego Icchaka z Berdyczowa i reb Nachmana z Bracławia, z których korzystał także jego ojciec magid.

Na Jamim Noraim [*dziesięć dni pokuty], Mojsze Mordechaj jeździł z ojcem do Sadownego, do szlacheckiego majątku, w którym Isroel Lejbele prowadził modlitwy. Mojsze Mordechaj pomagał ojcu w pracy. Do piętnastego roku życia pobierał nauki u najlepszych mełamedów w miasteczku. Potem ojciec sam uczył go w domu.

Jego żona Szejndl, blada, chuda kobieta, łagodna jak gołąbeczka roznosiła mleko po bogatych domach. Ze swoich zarobków opłacała czesne Mojszego Mordechaja. Z tych także zaoszczędzonych grosików kupowała mu na Pesach parę butów i płaszcz.

Zimą, gdy biały śnieg otulał miasteczko i błotnista ziemia zamarzała i stawała się twarda jak miedź, ciężko było mleczarce Szejndl nosić wiadra pełne mleka po śliskich ulicach. Nieraz poślizgnęła się i wylała mleko. Mojsze Mordechaj pomagał wówczas matce roznosić mleko.

W tym czasie też Mojsze Mordechaj odkrył nowe środowisko, zupełnie innych ludzi, zobaczył inne strony niesprawiedliwie podzielonego świata. Sądził, że wszyscy ludzie jedzą tylko czarny chleb i kartofle, wszystkie żydowskie matki wzdychają i mają smutne, zatroskane twarze tak jak jego matka i wszyscy noszą podarte buty i stare połatane ubrania.

Swoimi przepełnionymi tęsknotą i ciekawością oczami patrzył Mojsze Mordechaj na bogate domy i wesołe, syte twarze, na przestronne, pięknie umeblowane pokoje u bogacza Arona Knorpela, mężczyzny o czerwonym, krwistym karku, który cały czas bawił się swoim wielkim złotym łańcuchem dyndającym na jego wielkim brzuchu.

Aron Knorpel był miejscowym bogaczem. Był właścicielem największych domów, posiadał też bank i mieszkał w pięknym mieszkaniu. Mojsze Mordechaj patrzył jak Aron przesiadywał na obitym skórą krześle, beztrosko nalewał sobie herbatę z wielkiego samowara, który stał na wielkim dębowym stole. Słodka, przepełniająca błogością sytość tryskała z każdego kąta. Wielki kryształowy żyrandol, który wisiał w wielkim pokoju, odbijał się, mienił kolorowym, fioletowo-złotym światłem wpadającym przez okno. Delikatny zapach smażonego, doprawionego mięsa i ryby roznoszący się po całej wielkiej kuchni, drażnił apetyt Mojszego Mordechaja, który stawał się głodny. Po domu bogacza Arona Knorpela biegał piękny motylek, rozśpiewany ptak, dziewczynka cudna jak poezja.

Któż nie znał w miasteczku pięknej Perły, córki Arona Knorpela? Perła uważała się za kogoś lepszego, nie rozmawiała z każdym. Nie miała też żadnych żydowskich przyjaciółek. Przyjemność sprawiało jej przebywanie z sobą samą, radowała się swoim dziewczęcym wyglądem, jak paw swoimi kolorowymi piórkami.

Mojsze Mordechaj stał często zmieszany, zakłopotany, nie był w stanie przeliczyć pieniędzy, które zapłaciła mu Perła za mleko. Jej niebieskie, łagodne oczy, jej nordycki, szlachetnie wyrzeźbiony nos kłuły jego młodzieńcze, trzepoczące serce. Dniem i nocą nachodziło go gojskie pożądanie, śnił o tej blond głowie pełnej loków. Piękna Perła chodziła za nim jak cień, gdy nosił po miasteczku wiadra.

Perła nie wyglądała w jego oczach jak żadna inna żydowska dziewczyna, wyglądała raczej jak sziksa [*nie-Żydówka]. Takie dziewczyny spotkać można tylko u gojów. Mojsze Mordechaj nosił mleko także do innych bogatych domów.

Tuż przy miejskich straganach stał piękny, wielki dom z rzędem sklepów od frontu. Należał on do Altera Dowida Rozenbauma. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ze schludnie zaczesaną siwą brodą i szlachetną, sympatyczną twarzą. Był jednym z największych bogaczy w mieście. Handlował mąką, cukrem, ryżem i innymi produktami. U niego zakupy robili ludzie ze wszystkich okolicznych miasteczek i wsi.

Alter Rozenbaum był też człowiekiem uczonym. Potrafił dobrze studiować. Razem z magidem Isroelem Lejbem często studiował stroniczkę Gemary i dzięki ojcowskiej protekcji, także jemu Mojsze Mordechaj przynosił mleko. Również w domu Altera Dowida kręciły się piękne dziewczyny. Najczęściej rzucał grzeszne spojrzenia w stronę jego córki Menuchy, która często z nim rozmawiała. Od Altera Dowida szedł dalej ze swoimi wiadrami mleka do kolejnego miejskiego bogacza, który mieszkał przy dużym rynku – do spawacza Jakuba Mojszego.

Dziwne szczęście miał ten młodzieniec! Zawsze działo się to samo! Jakby sam szatan, zły duch i Lilit zmówili się i chcieli złapać go w swoje sidła i ukoić jego młodzieńcze, smutne nastroje. Spawacz Jakub Mojsze miał piękną córkę, nazywała się Lea. Ojciec obchodził się z nią jak z jajkiem, cackał ze swoją córeczką jak z kosztownym diamentem, jak z etrogiem [*owoc cytrusowy używany podczas święta Sukot].

Wyglądała ona jak chuda, młoda brzoza. Jej aksamitne, migdałowe oczy były rozmarzone. Słodką dziewczęcą naturą przyciągała uwagę młodzieńców z całego miasteczka. Często rozmawiała z Mojszem Mordechajem, jego rzeczowe, mądre słowa oczarowały ją, od czasu do czasu zapraszała go też, aby usiadł. Wiedziała, że pochodzi z dobrej rodziny, mimo iż roznosi tylko mleko. Potrafił studiować, śpiewać i przyjaźnił się z najlepszymi młodzieńcami z miasteczka. Siedział więc przy stole z bijącym sercem, patrzył na jej kruczoczarne warkocze związane dwiema czerwonymi wstążkami, które wiły się i skręcały jak dwa węże wokół białej delikatnej szyi.

Szczęśliwe i jednocześnie ponure uczucia skrywała w sobie i w swoim sercu Lea. Żyła w swoich fantazjach niczym Rachela z Chumeszu [*Pięcioksięgu]. Zawsze była w centrum uwagi i w centrum swoich myśli. Wiele razy przyrzekał sobie, że nie będzie nosił do niej mleka, aby uwolnić się od swoich myśli, które ciążyły nad nim jak wielki balast. Był jednak bezbronny. Jego nogi same i wbrew jego woli niosły go do Lei. Nie panował nad sobą. Do dziewczyny prowadziła go jakaś tajemnicza, magiczna siła, która rozkazywała mu, co ma robić.

Wszędzie widział Leę. Przylatywała do niego w jego biednej izbie, w której spał ze swoim bratem na połamanej drewnianej kanapie. Także gdy studiował, czytał, a nawet gdy się modlił i z zamkniętymi oczami odmawiał „Szmone Esre” [*dosł. Osiemnaście (błogosławieństw)], przed oczami miał jej postać.

*

W szabasowy wieczór, gdy słońce chowało się za krwawym horyzontem, a czerwone słoneczne promienie padały na zielone łąki, młodzież spacerowała za miasteczkiem po piaszczystych drogach ścieżką wiodącą wśród gęstych topoli w kierunku kolei. Przychodziły tam dziewczęta, które ukradkiem spoglądały w stronę chłopców, robotników i innych dorodnych młodzieńców, którzy w szabasy nie studiowali Tory i nie chodzili na modlitwy do besmedreszu. Mojsze Mordechaj z przyjacielem Lejbele Mojszem także spacerowali pośród rzucających cień topoli. Spotykał tam także Leę, razem z nią spacerował, idąc drogą w stronę miasteczka, a wokół nich powoli zapadał zmierzch.

*

Po pewnym czasie Mojsze Mordechaj wydoroślał, zaczął czytać książki i przestał roznosić mleko po domach bogaczy. Postanowił też coś ze sobą zrobić. Nie dla niego był chleb jedzony u matki w izbie. Chciał być samodzielny, sam zarabiać pieniądze tak jak jego przyjaciel szewc Lejbele. Postanowił zostać robotnikiem, stolarzem.

Za sadem aptekarza, na drodze do starego cmentarza, mieszkał stolarz Jakub Mendel. Był on wielki jak niedźwiedź. Miał szerokie plecy i ogromne, mozolnie spracowane ręce. Jego przemęczone stolarskie ciało trzymało się na dwóch klocowatych nogach.

Twarz miał czerwoną. Spuchnięte i wilgotne oczy spoglądały tępo spod wielkiego czoła. Pracownicy drżeli na sam jego widok. Nie do pozazdroszczenia było pracownikowi, gdy majster, nie daj Boże, wpadał przez drzwi. Z zewnątrz był srogi, ale z natury był dobrym człowiekiem. Lubił też swój fach. Uważał, że każdy rzemieślnik powinien potrafić wykonać kawałek dobrej roboty, bo w innym przypadku wszystko przejdzie w ręce gojów. Każdy, kto w mieście znał się choć trochę na stolarce, pracował u Jakuba Mendla.

Między świętami Pesach a Sukot Mojsze Mendel udał się do Jakuba Mendla i zatrudnił się u niego jako czeladnik. Pracował po wsiach i budował w szlacheckich majątkach stodoły. Do pracy szedł w niedzielę z rana, a wracał w piątek tuż przez zapaleniem świec.

Mojsze Mordechaj zobowiązał się pracować dwa lata bez pieniędzy. Był bardzo zadowolony, że pracuje u szlachcica. Robotnicy dostawali tam kartofle, mąkę i mleko i dwa razy dziennie gotowali wielkie gary klusek z mlekiem.

Wszyscy robotnicy odnosili się do Mojsze Mordechaja z szacunkiem. Wiedzieli, że ma głowę dobrą do nauki, czyta książki i pięknie śpiewa. Gdy piłował deski, łatał dziury w belkach to potrafił tak się rozśpiewać, że na cały głos wyśpiewywał modlitwy na Jamim Noraim, które znał od ojca. Majster Jakub Mendel często odkładał pracę i przysłuchiwał się śpiewowi Mojszego Mordechaja, kład się na kupie wiórów i słuchał tych pięknych pieśni, rozglądając się zdziwionymi, wytrzeszczonymi oczami – ach, jego „Hineni he-ani mi-maas” [*modlitwa „Otom jest ubogi w czynach”].

W zimowe, mroźne i ponure wieczory, gdy na polach hulały zamiecie, a zawieruchy ryczały i wyły jak stado wygłodniałych wilków, wszyscy stolarze siadali na sianie wyłożonym do spania na podłodze. Mojsze Mordechaj opowiadał historie, legendy, o których czytał w księgach ojca. Miał on wrodzony talent do opowiadania, do przemawiania. Długie zimowe wieczory mijały szybko, robotnicy popijali i chłonęli jego opowieści. Jak przy chłodnym źródle odpoczywali, odprężali swoje zmęczone ręce.

W szabasowe zimowe wieczory magid Isroel Lejbele studiował ze swoim synem. Ale Mojszego Mordechaja nie ciągnęło już do nauki. On czytał już inne książki. Pożyczał od przyjaciół: Jakowa Placka i Lejbele Mojszego, którzy zaś kupowali je od sprzedawcy książek zajeżdżającego od czasu do czasu do miasteczka.

Dziwne, że zawsze wtedy, gdy ojciec czytał z nim kawałek Chumeszu przewidziany na dany tydzień, pojawiały się w jego głowie postaci, o których zapomniał już heblując i przycinając deski. Dziewczyny, które, jak sądził, już zapomniał, znów pojawiały się w jego głowie, a ich postacie stały przed jego oczami tak samo jak wtedy, gdy zanosił mleko do ich domów. Przydarzało mu się to tylko, gdy ojciec studiował z nim Chumesz. Tylko wtedy wypływała mu naprzeciw, pojawiała się przed jego oczami piękna sylwetka i dobre, aksamitne oczy Lei. Jak czary. Tylko gdy ojciec czytał z nim parszę Wa-jece [*parsza to fragment Tory na dany tydzień; nazwa parszy pochodzi od jej początkowych słów], w której Jakub opuszcza Beer Szewę i udaje się do Haranu, do swojego wuja Labana. Po drodze przy studni spotyka Rachelę pasącą owce. Rachela jest cicha, słodka, pełna litości i dobroci.

Niczym Rachela z Chumeszu, przed oczami pojawiała mu się Lea i nie dawała spokoju. Mimo iż wiedział, że spaceruje ona z jego przyjacielem Lejbele, cały czas wmawiał sobie, że szczęście należy do niego.

Czytając Torę, przypominał sobie także Perłę, córkę Arona. Wydarzyło się to w Szawuot [*Święto Tygodni], gdy ojciec czytał z nim Księgę Rut. Blond włosy i jasna cera Perły były mu obce, nieżydowskie. Żydowskie piękno wszak musi być ciemne, smutne, utkane ze snów, takie jak Rachela z Chumeszu i Lea. Rut, córa Moabu, która idzie za Boozem do stodoły [*historia z Księgi Rut; pochodząca z Moabu Rut została wdową, z teściową udała się do Betlejem, gdzie poznała krewnego swego męża Booza] wygląda w jego fantazji jak Perła.

Dwa lata nauki minęły jak z bicza trzasnął. Został stolarzem, samodzielnym rzemieślnikiem. Sam potrafił zrobić drzwi i okna i zarobić na utrzymanie. Chodził przyzwoicie ubrany. Przez dwa lata, w ciągu których pracował we wsiach, jego przyjaciel Lejbele swoją zuchwałością i młodzieńczym czarem zdobył serce pięknej Lei.

Lejbele wyrósł na pięknego, silnego młodzieńca. Także Lea wydoroślała, była zuchwalsza i bardziej kobieca. Jej sylwetka stała się dojrzalsza, zgrabniejsza. Mojsze Mordechaj wiedział, że Lea, jego marzenie, należy do Lejbele, często z nim spaceruje, a w szabes otwarcie chodzą pod rękę nie kryjąc się przed nikim. Wyglądali jak młode małżeństwo. Przechadzali się drogą do dworca, dochodzili nawet do Przywózk, daleko od miasta. Wszyscy w mieście wiedzieli i plotkowali o tej dziwnej miłości pomiędzy córką bogacza Jakowa Mojszego, a szewskim czeladnikiem Lejbelem Mojsze. Miasto żartowało sobie już nawet z nowych powinowatych.

Domownicy próbowali zniechęcić Leę, ale na nic się to nie zdawało. Nie było na świecie takiej siła, która mogłaby rozdzielić ją i Lejbele.

Pewnego ranka Mojsze Mordechaj opuścił miasteczko. Czy zrobił to z powodu Lejbele? Bóg jeden to wie. Przyjaciołom powiedział, że wyjeżdża poznać życie. Poznać nowych ludzi, studiować, czytać. Pojechał do Warszawy.

Przedsiębiorca z Rogatek Mokotowskich, wielki Icze, był wśród warszawskich stolarzy znaną osobistością. Wielu cieśli pracowało u niego w warsztacie. Wykonywał zlecenia stolarskie w wielkich budynkach, które powstawały w tym czasie na warszawskiej Pradze. Jego warsztat produkował setki drzwi i okien tygodniowo. Wszyscy młodzieńcy z prowincji, którzy przyjeżdżali do Warszawy, aby szukać pracy w stolarce, kierowali pierwsze kroki do wielkiego Icze.

Gdy Mojsze Mordechaj przyjechał do Warszawy, tłukąc się przez dobre kilka dni na wozie pełnym drobiu, jego krajan, stolarz Kalman Fridman, zaprowadził go do pracy do wielkiego Icze. Młodzieniec wynajął wspólnie z trzema innymi pokój na Mokotowie, a szabasy i wolne chwile poświęcał na studiowanie. Zapisał się do biblioteki na Muranowie. Zapomniał o miasteczku, zapomniał o Lei. W jego głowie kłębiły się myśli o ideach F. Lassalle’a [*Ferdinand Lassalle 1825-1864; myśliciel, działacz, pisarz], Kautskyego [*Karl Kautsky 1854-1938, teoretyk demokratycznego socjalizmu, redaktor marksistowskiego pisma „Die Neue Zeit”] i Plechanowa [*Gieorgij Plechanow 1856-1918, teoretyk marksizmu, publicysta, filozof]. Czytał też żydowskich klasyków: Mendele [Mojcher Sforima], Szolema Alejchema, I. L. Pereca.

Odkrył nowe ukryte źródła, wyrosły mu skrzydła. Wciągnięto go do Bundu. Nie ominął ani jednej tajnej masówki na ulicy Pawiej, z zapałem pochłaniał każde słowo z nielegalnej gazety „Di Arbeter Sztime”. Wyuczył się też wszystkich rewolucyjnych pieśni. W warsztacie wszyscy już go znali. Udzielał się we wszystkich dyskusjach, kłótniach, sporach między robotnikami. Z czasem Mojsze Mordechaj został w partii propagandystą i mówcą na partyjnych mityngach. Na jednym z tajnych zebrań na podwórzu warszawskiej kamienicy w czasie jego przemowy, policja otoczyła podwórze i aresztowała wszystkich zgromadzonych łącznie z nim. Odsiedział rok na Pawiaku, a po wyjściu otrzymał rozkaz opuszczenia Warszawy.

W jego rodzinnym mieście Sokołowie nazwisko jego już zyskało sławę wśród robotników. Słyszały o nim także bogate panny: Menucha, córka Altera Dowida i Lea, które także sympatyzowały z Bundem. Wszyscy niecierpliwie czekali na powrót Mojszego Mordechaja do miasteczka.

Ale jak do tego doszło? Jak porządne chasydzkie córy, które rodzice planowali wydać za młodzieńców z najlepszych rabinicznych domów, mogły zaprzyjaźnić się i spacerować z szewcami czy stolarzami? Jak piękna Lea mogła zakochać się w pospolitym młodzieńcu Lejbele, synu Mojszego Symchy, a Menucha, córka Altera Dowida, spacerować ze stolarzem Aronem Welwele?

Żydowskie miasteczko było ponure i smutne. Ludzkie pragnienia i uczucia stłamszone zostały przez religijne nakazy. Monotonne miesiące i lata ciągnęły się jak czarne korale na długim sznurze. I właśnie te bogate, porządne córki wzięły los w swoje ręce.

Jak ptaki zamknięte w klatce, które pragną, tęsknią za świeżym powietrzem, za słonecznym promieniem, za wolnością, tak i one, dobre, porządne córy wolne od wszelkich materialnych zmartwień, zapragnęły emocji, które mogłyby rozgonić ich nudne, zobojętniałe i jednostajne życie.

Wśród robotników, wśród buntowników i rewolucjonistów, w środku tej barwnej hałastry znalazły sobie miejsce i mogły zaspokoić swoje ukryte dziewczęce pragnienia.

Mojsze Mordechaj razem ze swoim przyjacielem Kalmanem Fridmanem opuścili Warszawę i na Pesach wrócili do miasteczka, przywożąc ze sobą paczkę nielegalnej literatury.

Był Pesach. Wiosna zielonymi, jasnymi krokami rozlewała się po ścieżkach i drogach. Stare drewniane domy tonęły w słonecznych płomieniach, które lały się z niebieskiego nieba na cześć święta wolności. W domach wyszorowane i wyczesane żydowskie dzieci przegryzały macę z gęsim smalcem. Na placach czeladnicy szewcy i krawcy grali w orzechy. Robotnicy przechadzali się w tę i z powrotem, od besmedreszu do szosy Siedleckiej. Ulice pełne były żydowskiej młodzieży. Przy studni na rogu ulicy Siedleckiej, Mojsze Mordechaj i Kalman Fridman rozdzielali proklamacje, które przywieźli z Warszawy. Strażnik Kotow, wielki goj z długą, czarną brodą, która zakrywała miedziane medale dyndające na jego szerokiej piersi, złapał obiema rękami Mojszego Mordechaja i Kalmana Fridmana i zaciągnął na policję.

– Siadaj tu, durak! – krzyknął Kotow na Mojszego Mordechaja.

Jidl Rejce, handlarz koni, ojciec Kalmana Fridmana, dał Kotowowi trzy ruble i jego syn razem z Mojszem Mordechajem zostali uwolnieni.

Za miastem, przy rzeźni w domu Abrahama Mojszego Tenenbauma, Mojsze Mordechaj zwołał zebranie, na którym postanowiono we wszystkich warsztatach w miasteczku ogłosić strajk.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!