“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 3

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Pierwszy strajk

Sokołów słynął na całą okolicę jako centrum produkcji obuwia. Setki zabitych gwoździami, ciężkich skrzyń pełnych butów wyruszało stąd na dalekie rosyjskie rynki.

W miasteczku było wielu kupców, maklerów i komisjonerów. Właściciele zajazdów i wyszynków mieli pracy w bród. Zapach gorzałki, piwa, pieczonych gęsi i ryb unosił się na ulicach i drażnił apetyty obcych kupców, którzy przyjechali w interesach.

Furmani ze swoimi pomocnikami z Warszawy, Białegostoku i Krynek sprowadzali wyładowane do granic możliwości wozy pełne twardej i miękkiej skóry. Dziesiątki czeladników wymazanych tranem bezustannie kroiły i zszywały jucht dla warsztatów szewskich.

Ślepy Gedalia, Żyd z jedynym okiem, Mojsze Isroel, który kulał na jedną nogę, Mordechaj Jokles, wysoki, przystojny i elegancki mężczyzna z długą, zaczesaną brodą posiadali wielkie warsztaty, w których zatrudniali wielu czeladników. Późnymi zimowymi i deszczowymi nocami, gdy pogrążone w smutku miasteczko drzemało, z drewnianych domów dochodził głośny śpiew. Towarzyszył mu stukot zmęczonych szewskich rąk, które szyły i plotły, podkuwały buty dla rosyjskich guberni do godziny jedenastej w nocy. Powrót Mojszego Mordechaja pobudził wszystkich ciemiężonych, krzywdzonych do walki o ludzkie życie.

U damskiego krawca, Mojszego Lejzerka, mężczyzny cichego, spokojnego, który szył przede wszystkim dla bogatych, żydowskich cór jedwabne, atłasowe suknie na ich wesela, a także dla wszystkich szlacheckich dziewcząt, idylla panująca między majstrem a krawcowymi została pogrzebana. Mojsze Lejzerke nie mógł zrozumieć, co stało się w jego warsztacie. Kto tak podburzył te dziewczęta? Skąd u nich te wymysły?

Szifre Kalman, córka znanego, fanatycznego kockiego chasyda (tego, który przed laty zdemolował lokal warszawskiej gminy, ponieważ syjoniści odważyli się wywiesić tam portret Herzla), dziewczyna z burzą kasztanowych loków, przestała śpiewać „moralistyczne” pieśni haftując jednocześnie suknie ślubne dla bogatych panien młodych.

Szifre Kalman nie śpiewa już też swoich romantycznych piosenek. Nowe czasy wymagały nowych pieśni. Teraz śpiewała piosenki, które przywiózł do miasteczka Mojsze Mordechaj. Na podwórzu domu Mojszego Lejzerka unosiły się dziewczęce głosy, które pod komando Szifry Kalman śpiewały:

„Łamiemy, łamiemy żelazny mur.
Mur jest mocny, mur jest gruby,
przesłania nam drogę do życia i szczęścia”.

Mojsze Lejzerke biegał w kółko zmieszany i krzyczał:

– Nie śpiewajcie piosenek! Słyszycie? Wszystkie was zaraz odeślę! Zaraz na podwórze przyjdzie strażnik Kotow. On rozumie po żydowsku. Jak wejdzie, to wszyscy jesteśmy zgubieni.

– Będziemy śpiewały, co chcemy – odpowiedziała Necha Waligóra, młoda dziewczyna o bladej, chorowitej twarzy, która dopiero co została zatrudniona na próbę. Wstała z ławeczki i bohatersko zwróciła się do majstra: – Kotowa się nie boimy! Nasi towarzysze i nasze towarzyszki nie boją się policji. Będziemy śpiewać jeszcze inne pieśni dla was i dla wszystkich majstrów, u których nasi towarzysze pracują po czternaście godzin dziennie! Nasze towarzyszki nie będą już szyły aksamitnych i jedwabnych sukienek za jednego rubla tygodniowo!

– Milcz, ty arogancka dziewucho, odeślę cię do domu. Pisklak, nie dziewczyna, jeszcze nawet nie potrafi trzymać igły w ręku, a już wzywa do strajków! Pobierałaś nauki u syna naszego magida, Isroela Lejbele? Lepiej naucz się najpierw pracować! – damski krawiec krzyczał do niej.

*

Pierwszy strajk Mojsze Mordechaj zorganizował jednak nie u krawca damskiego Mojszego Lejzerka, a u szewca Elego Tamy. Był on pooranym zmarszczkami, małym mężczyzną z wymazaną papą i pełną słomy brodą, której skołtunione końce moczyły się pobożnie w wielkiej, szczerbatej misce kartofli i łupin, którą jego żona przynosiła mu do warsztatu.

Ele Tame był mężczyzną prostym i skąpym, miał górę pieniędzy ale wiódł skromne życie. Zatrudniał dwunastu pracowników. Część z nich pracowała okresowo i dostawała wyżywienie. Pracowali od Sukot od Pesach.

Ele Tame był pierwszym majstrem w miasteczku, który usłyszał żądania swoich pracowników: skrócony o godzinę tydzień pracy i podwyżka pensji o rubel tygodniowo. Ele Tame jednak się uparł i nie chciał ugiąć się przed żądaniami swoich pracowników.

Strajkujący, na czele z szewcem Szmuelem Terikiem, wybili w jego warsztacie szyby. Pod drzwiami ustawili pikietę, nie wpuszczając do środkach żadnych kupców. Nikt z handlujących skórami nie ważył się prowadzić z nim interesów. Gdy kupiec Szmuel Chaim nie posłuchał komitetu strajkowego i mimo protestów sprzedał mu skórę, zdemolowano mu kram. Musiał też zapłacić strajkującym grzywnę w wysokości dwudziestu rubli.

Robotnicy objęli Elego Temę bojkotem społecznym, bo ten strajk zaraz zgłosił policji. Żaden Żyd nie mógł się z nim kontaktować. Nie wpuszczono go też na modlitwy do besmedereszu. Siedział sam u siebie w domu jak zadżumiony. Nawet kramarze sprzedający żywność bali się sprzedawać mu jedzenie.

Ele Tame wysłał do komitetu strajkowego pośredników, którzy mieli w jego imieniu pertraktować, aby w końcu przestano go bojkotować. Komitet strajkowy zasądził: pięćdziesiąt rubli grzywny, do tego ma publicznie w besmedreszu między minchą [*codzienna modlitwa popołudniowa] a maariwem [*modlitwa wieczorna] na oczach wszystkich przeprosić Bund.

Wieczorem nowy besmedresz pękał w szwach. Także na babińcu zebrali się miejscowi Żydzi. Podciągnięto trochę białe zasłony, aby lepiej widzieć, jak Ele Tame żałuje za grzechy.

Ele Tame był zmieszany i zasmucony, a jego oczy biły nienawiścią. Wszedł na podest. Zdarł z piersi koszulkę i krzyknął stłumionym głosem jak zarzynany byk:

– Panowie! Grzesznicy! Zgrzeszyłem! Proszę o wybaczenie sokołowskich robotników i wszystkich robotników na całym świecie…

Przyjechali żydowscy aktorzy

Schodząc od besmedreszu ulicą w dół, tuż przy kockim sztyblu mieszkał Żyd o nazwisku Szepsel Herszl Pejes. W podwórzu miał wyszynk. Kto chciał wypić butelkę piwa, szklaneczkę gorzałki, zjeść nadziewane szyjki czy smażone żołądeczki, przychodził do niego.

Jego drzwi zawsze stały otworem. Nawet późno w nocy, po godzinie dwunastej przychodzili do niego woźnice i rzeźnicy, aby coś przekąsić. Jego wyszynk był też najlepszym, najbezpieczniejszym miejscem na zebrania, bo kramarz płacił tygodniowe łapówki strażnikowi Kotowowi, aby ten do niego nie zaglądał. Dlatego u Szepsla Herszla Pejesa spotykali się wszyscy bundyści z Mojszem Mordechajem na czele. Ten ostatni wygłaszał tam wykłady o socjalizmie i literaturze, uczył też śpiewać nowe piosenki, które przywiózł z Warszawy.

Szepsel Hersz Pejes zarabiał na tej rozśpiewanej, rozwichrzonej hałastrze. Bogate panny płaciły pieniędzmi, które podkradały z szuflad ich rodziców. W szabasowe wieczory w szynku było tłoczno jak w gęsiej klatce. Ludzie siedzieli na łóżkach, na stołach, jedzono solony bób i popijano słodki kwas.

Menucha Alter i Lea, córki bogaczy, zawsze siedziały na wielkiej skrzyni, która stała przy ścianie. A gdy ich pobożni chasydzcy ojcowie odmawiali psalm „Barchi nafszi” [*„Błogosław duszo moja” (hebr.)] albo w religijnym uniesieniu kołysali się w kockim sztyblu do „Atkinu seudata” [*”Szykujcie posiłek”(hebr.)], któremu towarzyszyła tęsknota za Królową Szabat, z ich zbuntowanych ust niósł się potężny śpiew: „Nienawidzą nas i przepędzają”. A ich religijne matki, szepcząc serdecznie, żegnały święty szabas, który zmierzchał w wieczornym spokojnym błękicie, tymi oto słowami:

„Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba –
Boże, niech błogosławione będzie Twoje imię,
Chroń twój święty lud Izraela
w swojej chwale.
Przez siedem dni niech nam sprzyjają
szczęście, werwa i dobra praca
a wszystkim daj dobrego zdrowia,
amen!
Daj nam dobry tydzień,
nowy tydzień
i dostatni tydzień
dla mojego męża i dzieci
i dla całego ludu Izraela. –

W tym czasie ich córki śpiewały: „W słonym morzu ludzkich łez”. Zdarzało się, że Mojsze Mordechaj intonował chasydzki nigun z Warki, który jego ojciec nucił w szabas przy kolacji, ten sam nigun, który nuci się w kockim sztyblu jedząc trzy szabasowe posiłki. Śpiew pobożnych ojców i wyzwolonych dzieci zlewały się w jedno i towarzyszył Królowej Szabat w jej dalekiej drodze.

*

Przy wyszynku mieszkał woźnica Chaim Beniamin, gruby, przysadzisty mężczyzna. Kark miał tłusty i nabiegły krwią. Codziennie jeździł wozem zaprzężonym w dwa konie do Siedlec. Z miasteczka zabierał pasażerów o świcie, a wracał wieczorem. Gdy stał tak w Siedlcach, tuż za miastem na drodze sokołowskiej, podeszła do niego grupka dziwnych postaci ze starymi, podniszczonymi plecakami na grzbietach.

Na nogach mieli lakierowane buty na malutkim obcasiku, na szyjach białe, sztywne kołnierze obwiązane kolorowymi wstążkami. Kobiety wcisnęły zzieleniałe i niewyspane twarze do budy, aby sprawdzić, czy jest wystarczająco miejsca dla wszystkich.

– Jest miejsce, wszyscy się zmieścicie! Będzie wygodnie – zwrócił się do nich woźnica.

– Kiedy będziemy w Sokołowie? – zapytał przywódca trupy, wysoki i chudy młodzieniec o kościstym nosie.

– Wieczorem, przed zachodem słońca.

– Czy znacie jednego takiego Mojsze Mordechaja, syna magida? – zapytał ten sam aktor.

– Co za pytanie? Czy znam syna Isroela Lejbele? Jesteśmy sąsiadami. Jak tylko dojedziemy do Sokołowa, zaprowadzę was do niego.

Wszyscy aktorzy wpakowali się do budy i z niecierpliwością czekali, aż woźnica ruszy z miejsca. Chaim Beniamin jednak nie ruszał. Nie wiedział, co robić. Nie ufał tym dziwnym typom. Czy mają pieniądze, aby zapłacić za podróż?

Zdarzyło się już, że grupa kuglarzy, którzy pokazywali swoje sztuczki na sokołowskich ulicach, fikali koziołki, połykali sztylety i ogień, nosili małe dziecko na wysokiej drabinie, którą wiózł z Siedlec do Sokołowa, nie miała pieniędzy, aby zapłacić za podróż. Cóż więc on zrobi, gdy okaże się, że ci oto komedianci nie mają ani grosza przy duszy, aby zapłacić za drogę? Czy będzie musiał się z nimi bić?

Woźnica stał więc i nie ruszał się z miejsca.

– No, wujaszku, ruszcie się. Strzelcie z bata. Robi się późno. Zajedziemy do miasteczka o zmroku – krzyczeli aktorzy z budy.

– Dzieci, macie pieniądze? Muszę po drodze w jednej z wiosek kupić owies dla koni.

Aktorzy powyjmowali z kieszeni wszystkie srebrne monety, które mieli ze sobą, i zapłacili z góry.

– Tylko szybko, wujaszku, ruszajcie już z miejsca!

Była pełnia lata. Pachniało owocami z sadów. Na polach stali chłopi w rozpiętych prostych koszulach. Kosili i wiązali dojrzałe zboże. Po drodze wóz zatrzymał się we wsi u żydowskiego pachciarza. Aktorzy wyleźli z budy, kupili bochenek czarnego chleba i dzbanek zsiadłego mleka i nasycili swoje puste żołądki.

Wieczorem wszyscy dotarli do miasteczka. Zajechali pod wyszynk Szepsla Hersza Pejesa. Na przyzbie koło karczmy siedzieli wszyscy sąsiedzi: woźnice, tragarze i rzeźnicy odpoczywali po ciężkim dniu pracy. Dzieci siedziały z wyszczerbionymi żelaznymi miskami w rękach i jadły młode kartofle z olejem. Grupka chłopców biegała środkiem uliczki za blaszanym kółkiem. Z otwartych okien w kockim sztyblu słychać było głosy odmawiające modlitwę wieczorną.

Gdy aktorzy dotarli do wyszynku, wszyscy wstali z przyzby i poszli podziwiać gości. Dzieci porzuciły swoje miski i oblegały wyszynk, nie mogąc przestać gapić się na artystów. W kockim sztyblu młodzieńcy z kręconymi pejsami przekazywali sobie nowiny zamiast studiować święte księgi. Opowiadali, że do miasta przyjechali aktorzy i zatrzymali się u Szepsla Herszla Pejesa.

Chaim Beniamin zaprowadził ich przywódcę do Mojszego Mordechaja. Aktor wyciągnął z kieszeni liścik i podał mu, z prośbą, aby go przeczytał. Był to liścik od sekretarza siedleckiego „Ha-Zamir” [*hebr. słowik; prawdopodobnie chodzi o nazwę teatru], Jankiela Tenenbauma. Mojsze Mordechaj przeczytał go na głos, tak aby wszyscy mogli słyszeć:

„Aktorzy przyjechali do was do Sokołowa, aby wystawić ››Sprzedanie Józefa‹‹. Będą potrzebować waszej pomocy. W wielu miastach są prześladowani. Fanatyczni, religijni Żydzi nie pozwalają im grać. Zdarzyło się, że wygnano ich z miasteczka. Życzyłbym sobie, aby robotnicy się nimi zaopiekowali. Zróbcie wszystko, aby odnieśli sukces w waszym miasteczku”.

Mojsze Mordechaj zwrócił się z uśmiechem do przywódcy trupy: „Nie bójcie się. U nas będziecie grać wasz teatr, pomożemy wam! Wszystko będzie dobrze!”

Wrócił z nimi do wyszynku i postawił aktorom szklaneczkę gorzałki na swój koszt.

W mgnieniu oka po miasteczku krążyła już wiadomość, że przyjechali żydowscy aktorzy, aby zagrać „Sprzedanie Józefa”. W sztyblu chasydów z Góry Kalwarii tuż po wieczornej modlitwie mełamed Mojsze Aron rozzłościł się niemożebnie: „Nie pozwolimy na taką samowolę w naszym mieście. Nie pozwolimy, aby chłopcy i dziewczęta grali teatr, robili sobie żarty z pobożnych Żydów. Musimy ponieść ofiarę, zginąć męczeńską śmiercią, ale musimy przegnać tych komediantów z naszego miasta. Pójdziemy do rabina, niech z nami wspólnie zaprotestuje!”

*

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!