“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 17

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki publikowaliśmy co tydzień. Część 17 jest ostatnią z nich.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Pierwszy dzień w Izraelu

Gdy statek „Filippo Grimani”, którym Pesach Grin płynął z Genui do Izraela, zbliżał się do brzegów Hajfy, gdy tysiące elektrycznych świateł gasły w białych domach i willach na górze Karmel, wszyscy migranci wstali ze swoich koi, szybko pobiegli na pokład, aby po raz pierwszy popatrzeć na Hajfę w słońcu.

Wielu śpiewało, wiwatowało z radości. Pesach Grin stał spokojny i patrzył bez najmniejszego zdenerwowania na pełne blasku domy, które stały na górze między zielonymi lasami palmowymi. Patrzył ze spokojem, jakby był stałym rezydentem Erec-Isroel, który wyjechał z kraju na kilka miesięcy, a teraz wraca do domu. Nie był zaskoczony tak jak inni uchodźcy z Polski i Rumunii, którzy razem z nim płynęli do Erec Isroel.

Stał przy poręczy na pokładzie, patrzył na spokojne morze, które wyglądało jak oszlifowana tafla lustra i którego ciche fale wypłukiwały, głaskały piaszczyste żółte brzegi.

Pesach Grin był w podniosłym nastroju. Już na statku zauważył wśród ludzi stojących w porcie siostrę i szwagra, a także innych znajomych i przyjaciół, którzy przyszli się z nim spotkać. Jego nastrój trochę się popsuł w tym tłumie i zgiełku. Gdy odbierał walizki, zauważył swojego krajana Herszele z rozszczepionymi ustami, byłego komunistę i miejskiego mądralę. Cóż on robił wśród urzędników? Jak znalazł się tu, w Izraelu?

Pesach Grin, jeszcze będąc w Argentynie, słyszał, że Herszele przebywa w Rosji. Bolesna scena z rodzinnego miasteczka pojawiła się przed jego oczami. Zima. Drewniane domy z pochylonymi dachami z gontu drzemią otulone śniegiem, jakby okrywały je białe, żałobne szaty. Na podwórzu, w składzie drewna, w głębokim, białym śniegu stoją religijni chaluce z Ha-Poel ha-Mizrachi. Przybyli tu z okolicy Pińska, przywożąc ze sobą chasydzkie niguny z Karlina. Teraz kiwają się na mrozie z siekierami w rękach jak podczas modlitwy Szmone esre i jakby spierali się o trudny ustęp z Gemary – spierają się, jak najlepiej pociąć sęk. Obok nich stoją żydowskie kobiety i ocierają łzy z oczu. Fejgele Chane, córka rabina, żona gabaja, szlocha jak małe dziecko i mówi do siebie:

– Biada nam, żal naszych oczu, że musimy patrzeć, że musimy to przeżywać. Takie szlachetne żydowskie dzieci muszą rąbać drewno jak goje. To koniec świata!

Żydowscy komuniści na czele z towarzyszem Herszele widzieli w chalucach-drwalach kontrrewolucjonistów, którzy hamują, zatrzymują, przeszkadzają swoim rąbaniem w zwycięskiej, światowej rewolucji.

Dzika, gwałtowna banda pod przywództwem Herszele, z kijami, żelaznymi prętami w rękach, rzuciła się na chaluców kontrrewolucjonistów i złoiła im skórę. Krew żydowskich dzieci, które przygotowywały się do alii do Erec Isroel polała się na biały śnieg. Taką oto scenę miał przed oczami Pesach Grin, stojąc w porcie w Hajfie. Pomyślał: „Ci, którym Herszele i jego towarzysze rozbijali głowy, zginęli, a rewolucjoniści, którzy łoili im skórę w imię rewolucji, uciekli z socjalistycznych krajów i są urzędnikami w porcie w Hajfie”.

Pesach Grin pomyślał także o słowach swojego mełameda z miasteczka, gdy jeszcze uczył się razem z Herszele w jednym chederze: – Herszele nie musi nic umieć, on sobie da radę wszędzie.

Myślał i mówił do siebie samego: „Tak toczy się ludzkie życie. To zagadka, którą od wszechczasów, od pokoleń ludzie próbują rozwiązać. Żydowscy i nieżydowscy mędrcy spierali się o Najwyższego, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego ‘prawego człeka dotyka nieszczęście, złoczyńcy zaś dobrze się wiedzie?’ [*kwestia roztrząsana przez żydowskich mędrców w Talmudzie, Berachot 7a], lecz do żadnego porozumienia nie doszli. To jest jak pytać Pana w niebiosach o jego niezrozumiałe, skryte drogi!”.

Pesach Grin pojechał do Tel Awiwu. W drodze powrotnej odzyskał dobry nastrój. Zostały jeszcze dwa tygodnie do Pesach. Wiosna wkraczała już na izraelskie drogi. Za oknem wszystko zieleniło się i kwitło. Niebo było niebieskie i bezchmurne, znad pól unosiły się upajające zapachy kwitnących drzew pomarańczowych. Słońce zaś było łagodne i głaskało, pieściło swoimi jasnymi promieniami.

Pojechał do siostry, która mieszkała w pięknej okolicy na północy miasta. Z szeroko otwartymi oczami przyglądał się wspaniałym domom, w których mieszkali żydowscy robotnicy, pięknym ogródkom otaczającym te domy, rosnącym w nich kolorowym kwiatom, różnym drzewom kołyszącym zielonymi warkoczami na lekkim wiosennym wietrzyku, wsłuchał się w zieloną, niemą symfonię wyśpiewującą pieśń o żydowskim trudzie na żydowskiej ziemi.

Pogrążony w myślach nie zauważył, że pięcioletnia córeczka siostry, już tu urodzona, wybiegła z domu. Pobiegła przekazać swoim przyjaciółkom wiadomość. Słyszał jeszcze, jak krzyczała na podwórzu do innych dzieci:

– Mój wujek z Ameryki przyjechał i mówi po hebrajsku!

– Gdzie on jest? – rozkrzyczały się dzieci.

– Co przywiózł? Gdzie jego taksówka?

Dzieci przybiegły obejrzeć wujka z Ameryki. Otoczyły go i pytały, co przywiózł, gdzie jego taksówka, a gdzie prezenty.

Pesach Grin stał wśród tych urodzonych tu dzieci nieco zagubiony, zakłopotany, jakby sam był najmłodszym dzieckiem, o którym matka zapomniała i zostawiła pomiędzy obcymi ludźmi.

Nadszedł wieczór. Noc rozpostarła ciemne skrzydła nad miastem. Z wielkiego pustego placu nad rzeką Jarkon rozbłysły w nielicznych nowych białych budynkach elektryczne lampy, które przypominały mu nadpływające świecące statki na nieskończonym morzu. W jego zmęczonym ciele zrodziła się słodka radość.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!