“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 7

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Jesziwa rozpada się

Na podwórzu w drewnianym domu rabina było mieszkanie z oknem od frontu wychodzącym na rynek. Należało ono do jego syna Mojszego. W mieszkaniu tym zebrali się wszyscy młodzieńcy, którzy pomagali założyć sokołowską jesziwę. Wszyscy ci, którzy swoje serca i duchowe siły włożyli w to dzieło, a ono z powodu ideologicznych niesnasek teraz się rozpadało. Podobnie jak polityczni emigranci uciekający ze swoich ojczystych krajów za sprawą panujących tam reżimów, tak i ci młodzieńcy spotykali się niedaleko jesziwy, z której rabin reb Icchok Zelig Morgensztern ich wyrzucił.

Przesiadywali tam zagłębieni w księgach, rozgrywali kolejne partyjki szachów i prowadzili zażarte dyskusje. Prowodyrem był Jakow Grinberg, młodzieniec w długiej kapocie i małej dzianinowej czapce na swojej mądrej główce.

Jakow Grinberg był wielkim uczonym, miał najostrzejszy umysł w miasteczku. Był też lubiany przez wszystkich uczniów z jesziwy oraz przez robotników-socjalistów, którzy z jesziwą nie mieli nic do czynienia. Jakow Grinberg był ulubieńcem całego miasta. Gdy przemawiał w besmedreszu czy w synagodze, to ludzie aż wstrzymali oddech. Jego przeciwnicy nawet nie ważyli się mu przerwać. Nikt nie miał czelności mierzyć się z Jakowem Grinbergiem.

Był młodzieńcem z aspiracjami i, można powiedzieć, wielkim szczęściarzem. Urodził się w biednej rodzinie rzemieślników, ale pod szczęśliwą gwiazdą. Już w jesziwie, z której go koniec końców wyrzucono za syjonizm, przesądził się jego los: począwszy od działacza Mizrachi [*organizacja syjonistyczno-ortodoksyjna], poprzez pobyty w Warszawie, Londynie, Nowym Jorku, Jerozolimie, aż po zostanie wiceprzewodniczącym Knesetu.

Sokołowska jesziwa była słynna na całą Polskę. Setki młodzieńców z ubogich miasteczek przyjeżdżały tu uczyć się Tory. W jesziwie działały także różne organizacje i instytucje, takie jak Fundusz Pomocowy dla Ludu Izraela, które wspierały biednych uczniów jesziwy, przydzielając im ciepłe posiłki.

Rabin reb Icchok Zelig Morgensztern był bardzo dumny ze swojego dzieła, ze swojej przystani Tory. Jego wysłannicy jeździli po całym kraju, a nawet za granicę i zbierali fundusze na jesziwę. Nie dane jej było jednak długo działać. Zniszczyły ją zatargi, społeczne konflikty między dwoma religijnym nurtami judaizmu, pomiędzy Mizrachi a Agudas Isroel [*organizacja ultraortodoksyjna]. Także budzące się w polskich Żydach narodowe syjonistyczne uczucia nie ominęły jesziwy. Duchowi wizjonerzy, tacy jak Jakow Grinberg, próbowali skierować ją w innym kierunku, zwrócić ku narodowej drodze Mizrachi.

Udało się uchylić szczelnie zamknięte okna i wpuścić odrobinę świeżego powietrza, które zapowiadało nadchodzącą wiosnę.

W Lag ba-Omer [*Święto Uczonych przypadające wiosną] na przykład zaprowadzono uczniów na pola i do lasu, który leżał za miasteczkiem, nauczono ich śpiewać hebrajskie piosenki, wygłaszano syjonistyczne przemowy.

Zegarmistrz Szmuel Gazowski, serdeczny i życzliwy młodzieniec z wrodzonym muzycznym talentem, założył w jesziwie chór. Urządzano wieczorki, na których chór śpiewał „Psalm, pieśń na poświęcenie” i „Naaricoch” [*„Wielbimy Cię” (hebr.)].

Rebe, który był zwolennikiem Agudas Isroel, nie tolerował takiego zachowania, nie chciał, aby jego jesziwa stała się siedliskiem mizrachistów. Próbował nawet usunąć Jakowa Grinberga i jego zwolenników. Nie udało mu się to. Uczniowie ogłosili strajk i nie chcieli się uczyć. Rebe musiał skapitulować i pozwolił Jakowowi Grinbergowi nadal uczyć chłopców.

Gdy odbywały się pierwsze wybory do polskiego Sejmu i chłopcy z jesziwy roznosili po mieście syjonistyczne odezwy, rebe wyrzucił z jesziwy wszystkich zwolenników Mizrachi.

Wynajęli więc lokal z biblioteką tuż przy domu rabina. Stał się on pierwszą stacją dla wszystkich „wysiadających” z jesziwy młodzieńców, skąd też wstępowali na różne ścieżki syjonistyczno-socjalistycznych partii.

Jakow Grinberg pokazał im nową drogę a oni opuszczali go i odchodzili daleko, daleko… Z lokalu Mizrachi do izdebki syna rabina było tylko kilka kroków. Jakow Grinberg i śpiewak, założyciel chóru, Szmuel Gazowski, przesiadywali na strychu i dyskutowali z Beniaminem, najmłodszym synem rabina, zagorzałym agudnikiem i religijnym fanatykiem. Nagle dyskusję przerwano, bo z zewnątrz dochodził śpiew. Na ulicy słychać było żydowskie melodie, żydowskie pieśni. To śpiewał chór na pogrzebie Nechy Waligóry. Szmuel Gazowski nastawił swoje muzyczne uszy próbując wyłapać dźwięki, które dochodziły z daleka.

Skądś je znał! Te wszystkie soprany, alty były przecież jego. To on je odkrył, rozwinął, rozpieszczał. Tak niedawno rebe urządzał wesele swojej córki Jochewed, gdzie dziesiątki rabinów i chasydów siedziały przy jednym stole, a on ze swoim chórem podczas przekazywania podarków parze młodej śpiewał kockie marsze. Wszyscy byli zachwyceni, że słyszą „Psalm, pieśń na poświęcenie” i „Naaricoch”. A teraz jego chórzyści śpiewają na pogrzebie organizowanym przez socjalistów! Odsłonili zasłony i przyglądali się wielkiemu pochodowi, który przechodził właśnie przez rynek. Wsłuchiwali się w rewolucyjne pieśni, które śpiewał chór.

– No, Jakow! Ojciec nie miał racji? Już dawno przewidział, dokąd prowadzi wasza droga – Beniamin zwrócił się do niego. – Wasza biblioteka, wasz lokal prowadzi do nich, do socjalistów. Pieśni, które śpiewaliście w jesziwie, doprowadziły do tego, że wasi chórzyści dziś śpiewają na pogrzebie!

Jakow Grinberg stał pogrążony w milczeniu. Jego mądre świetliste oczy tępo patrzyły na ulicę.

Przerwano kazanie rebego

Szabes w miasteczku. Na rynku zamknięte kramy wyglądają tak, jakby drzemały otulone białym śniegiem. Mokry, niezmącony ludzkimi stopami śnieg zalegał przed sklepami. Żydzi spiesznym krokiem zmierzali z synagogi do domów.

Wichcia, wysoka chuda gojka, która w szabas paliła w żydowskich piecach, spieszyła w swoich podartych męskich butach, przegryzając z wilczym apetytem kawałek białej chałki, zamknąć szybery w żydowskich piecach, w których wcześniej napaliła. Na rynek zajechał właśnie jakiś chłop, na jego saniach wiło się spętane cielę.

Chłopu zmarł ojciec, przywiózł więc cielę na rynek, aby za pieniądze ze sprzedaży kupić drewnianą trumnę. Będzie musiał jednak poczekać, aż zapadnie zmrok i Żydzi odprawią hawdalę [*nabożeństwo na koniec szabatu], bo dopiero wtedy na rynku pojawią się rzeźnicy.

Na pomniku polskiego powstańca Brzózki, który stał na środku rynku, przycupnął kruk. Ptak darł się w niebogłosy: kra, kra. Po chodniku chwiejnym krokiem szedł pijak, a jego twarz aż parowała. Swoim aroganckim zachowaniem zganiał z drogi Żydów, którzy nadchodzili z naprzeciwka.

Na podwórzu domu rabina panowała sielska atmosfera. Dzieci bawiły się w puszystym śniegu. Ośnieżone jabłonie wyglądały tak, jakby chciały zakwitnąć białym kwieciem. Płatki śniegu spadające z gałęzi błyszczały jak diamenty.

Na wysokich schodach prowadzących do mieszkania rabina przycupnęła piękna córka, ubrana w jedwabie i aksamity. Chciała popatrzeć z wypiekami na twarzy na młodzieńców z jesziwy, których grzeszne spojrzenia wędrowały w kierunku schodów, gdzie trzepotały szabasowe suknie, roznosząc po okolicy przyjemny, kobiecy zapach.

*

U rabina w besmedreszu ludzie nerwowo chodzili w tę i z powrotem. Wybiła już godzina jedenasta, a tu jeszcze nie zaczęły się modlitwy. Dlaczego rebe nie zszedł jeszcze do besmedreszu? Tylko nieliczni wiedzieli, że na górze w mieszkaniu właśnie odbywała się narada działaczy Agudy. Czekali więc cierpliwie, aż zebranie się skończy i będzie można rozpocząć szabasowe modlitwy.

Mojsze, syn rebego, który najwyraźniej sympatyzował z syjonistami, i któremu działacze z Agudy schodzili z drogi, nie został zaproszony na zebranie i powoli ruszał swoje ciężkie atletyczne ciało, miętosząc w rękach nowy, wygodny, sobolowy sztrajmł [*futrzana czapka noszona podczas świąt]. Doskonale wiedział, dlaczego jego ojciec, reb Icchok Zelig, nie schodzi do modlących się. W mieszkaniu rebego byli właśnie wszyscy dozorzy [*urzędnicy] z Agudy. A on sam siedział na honorowym miejscu, położywszy wielką mięsistą dłoń na otwartej Gemarze. Jego ogniste oczy płonęły nerwowym gniewem. Ciągle unosił z ławki swoje ciężkie ciało i zaraz siadał. Wyglądało to, jakby coś go zakłuło, zabolało i nie dawało siedzieć.

Mojsze Lustikman, wysoki, chudy mężczyzna o zgorzkniałej, podenerwowanej twarzy, który nigdy w życiu jeszcze się nie uśmiechnął, rozpoczął zebranie:

– Panowie! „Wody zagrażają duszy” [*tj. sytuacja jest nie do wytrzymania; hebr. ba’u majim ad nafesz]. Tak być nie może. Nasz świat to jeden wielki chaos! Gmina nic nie ma do powiedzenia, każdy robi co chce, sami sobie urządzają pogrzeby, kopią groby na cmentarzu bez wiedzy i zgody przewodniczącego gminy! Socjaliści urządzili w tym tygodniu pogrzeb, jakiego żydowski świat jeszcze nie widział! Jesziwa się rozpada, najlepsi młodzieńcy odeszli do stowarzyszeń, do syjonistów. Takiego skandalu, jak ten w naszym miasteczku, nigdy nie widziałem. Wykopali grób, którzy był już sprzedany pewnemu uczonemu i pochowali tam służącą.

Głos zabrał Herszl Kajt, niski mężczyzna z czarną bródką i parą mądrych, świecących oczu. Był on teoretykiem i działaczem Agudy z Sokołowa.

– Niech rebe zwróci się do wszystkich możnych Żydów. Oczywiście z robotnikami, z socjalistami nie ma nawet co rozmawiać. Niech rebe w besmedreszu, między modlitwą poranną a popołudniową zwróci się do nich i zażąda, aby rodzice nie pozwalali dzieciom wstępować do syjonistycznych partii.

Rebe szybko wstał i zwrócił się do obecnych:

– I sądzicie, że mnie posłuchają? Oni, syjoniści, na czele z ich hochsztaplerem, kupcem bławatnym Jankele Szykalskim, obrażają mnie codziennie! To uparci i bezwzględni ludzie, nie mam do nich już siły. Zatruwają mi krew. Moja jesziwa słynęła w całym żydowskim świecie, a oni ją zniszczyli. Zaraza, niech Bóg ma nas w swojej opiece, wdarła się do naszego miasta, tylko Bóg nas może zbawić.

Przy długim stole siedział także kupiec handlujący drewnem i zbożem – Bucze Rubinsztejn [*był jednym z najzamożniejszych mieszkańców Sokołowa, mieszkał przy obecnej ul. Długiej], wysoki mężczyzna o krzywym, chudym ciele. Siedział pogrążony w myślach, podparłszy bladą twarz kościstymi, chudymi dłońmi.

Bucze Rubinsztejn nie odezwał się nawet słowem. Jego głębokie, zgasłe i przepełnione bólem oczy tępo patrzyły spod szlachetnego czoła w stronę zaśnieżonych pól i lasów, które widać było z okien mieszkania rabina.

– A ty co powiesz, Baruchu? – rebe zwrócił się do niego – Ludzie mówią w mieście, że to całe zło, to nieszczęście, które nazywają syjonizmem, przyszło z twojego domu. Twoi synowie, córki i wnuczęta rozniosły tę zarazę wśród pobożnych dzieci. Pieniądze, za które wynajęto lokal dla ich partii, zebrano przecież na podwórzu twojego domu, wśród twoich domowników! Baruchu, czemu milczysz? Czemu nic nie mówisz?

Bucze podniósł śnieżnobiałą głowę. Wyglądał, jakby przebudził się z głębokiego snu, albo jakby przyszedł z bardzo daleka. Położył dłoń na swojej cienkiej, białej brodzie i odpowiedział:

– Jestem starym, schorowanym człowiekiem. Nie będę się kłócił z moimi dziećmi na podwórzu swojego domu. Pokój to dla Żydów największe dobro. Tam, gdzie w domu nie panuje pokój, tam nie ma Boga – wyprostował się i otarł pot z bladego czoła, zawiązał gruby jedwabny pas, który zsunął się z jego nowej atłasowej kapoty i drobnymi kroczkami opuścił zebranie. Jego nowe buty zostawiły ślady na białym śniegu, którym usłane było podwórze domu rebego.

Postanowiono, że rebe wygłosi kazanie po modlitwie popołudniowej.

Po miasteczku wiadomość ta rozeszła się w mgnieniu oka. Wszyscy wiedzieli, że rebe wygłosi w besmedraszu kazanie przeciw syjonistom i bundystom. Wszystkie stowarzyszenia opustoszały. Młodzi i starzy, pobożni i niereligijni zebrali się w besmedreszu. Jak z wrzącego gara, para buchała przez drzwi i okna na zewnątrz. Tłum wypełnił besmedresz. Rabin przyszedł w towarzystwie sztabu chasydów w sztrajmłach.

Stary szames Kresze uderzył dłonią w stół i skrzeczącym głosem zakrzyknął: „Cisza! Rebe będzie mówił!”.

Reb Icchok Zelig poprawił swój sztrajmł zsunięty głęboko na czoło, zarzucił za uszy dwa czarne, długie pejsy, które zwisały przy jego szerokiej mięsistej twarzy jak dwa czarne pasy. Podciągnął szerokie, białe nogawki i gwałtownie, bez ustalonego porządku i bez oratorskiego wstępu, zaczął mówić.

Zaraz przeszedł do meritum, jak miał w zwyczaju, ilustrując swoją przemowę powiastką, anegdotą z Talmudu:

– Był sobie pewien uczony, miał on dwie żony. Jedna z nich była młoda, druga stara. Młoda wyrywała mu siwe włosy z brody, ale, jak wiadomo, nie tędy droga. Stara wyrywała mu czarne włosy, ale to jak porywać się z motyką na słońce. Rozumiecie tę opowieść? Czy rozumiecie, co mam na myśli? To głęboka myśl, trzeba ją zrozumieć!

– Najpierw przyszli socjaliści, strajkujący, zabrali nam rzemieślników i sprowadzili ich na złą drogę. Wyrwali z naszych bród siwe włosy. Teraz pojawili się syjoniści i wyprowadzili z mojej jesziwy wszystkich najlepszych młodzieńców, którzy dniami i nocami studiowali święte księgi. Oni wyrywali czarne włosy z naszych bród. Za kim mam się więc wstawić? Toż to jak wpaść z deszczu pod rynnę!

– Nie mam rady na socjalistów. Zwracam się do was, pobożni Żydzi. Nie pozwalajcie waszym dzieciom chodzić do syjonistycznych stowarzyszeń, do tych bałwochwalców! Ci, którzy bezczeszczą szabas, chcą wykorzystać wszystkie środki, ale czy będą w stanie zapewnić nam zbawienie? „Jeśli Pan domu nie zbuduje, próżno trudzą się ci, którzy go budują” (Ks. Psalmów 127).

Nagle wydarzyło się coś, co wstrząsnęło jak grom z jasnego nieba całym besmedreszem. Młodzieniec, syjonista Herszl Cebula, i kilku jego towarzyszy zerwali chustę wiszącą na ścianie przy drzwiach. Rzucili ją na podest, na którym stał rebe.

– Rzucili rebemu chustę! – krzyczały setki gardeł.

Szames Mojsze Mechele załamał chude ręce i cicho westchnął: „Biada mi! Na kogo oni tę chustę rzucili? Na cały Kock! Święci przodkowie nie będą milczeć!

Rebe zmieszany i załamany zawołał swoich towarzyszy i tylko cicho zamruczał:

– Zabierzcie mnie do domu.

Setki Żydów odprowadziły go do domu. Kondukt złożony z kapot, futrzanych wysokich czapek i sztrajmłów ciągnął się po szarym śniegu aż na podwórze domu rabina. Rebe szedł w środku jak pojmany komendant po przegranej bitwie.

Rozpięte poły jego płaszcza powiewały na wietrze jak skrzydła postrzelonego ptaka. Na dworze pod niebieskim zimowym niebem rozbłysły gwiazdy.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 8

Część 9

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!