“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 9

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Dwór Buczego Rubinsztejna

W centrum miasteczka, naprzeciw Dużego Rynku, w trzypiętrowym budynku mieszkał Bucze Rubinsztejn albo Bucze wytwórca octu – jak wołano na niego w miasteczku. Mieszkał tam razem z żoną i córkami. Jego dom słynął na całą Polskę. Kupcy z Gdańska, Warszawy, Lublina i Siedlec prowadzili wielkie interesy z Rubinsztejnem.

Tu mieszkał Bucze Rubinsztejn, fotografia współczesna

Miejsce to nazywano „carskim dworem”. Nie było to, nie daj Boże, określenie obraźliwe. Nadano je z uwagi na wielkomiejskie życie, jakie tam wiedziono. Przed pierwszą wojną światową Bucze Rubinsztejn posiadał fabrykę octu, którą razem z domem odziedziczył po ojcu, Beniaminie Rubinsztejnie. W domu tym mieszkała jego wielka rodzina.

Po pierwszej wojnie światowej synowie Buczego z sukcesem prowadzili jego interesy. Zaczęli także handlować zbożem i drewnem. Byli zdolni i udało im się rozwinąć interes, tak że ich nazwiska znane były w całej okolicy. Firma Rubinsztejn zyskała także popularność w okolicznych szlacheckich dworach. Od szlachciców skupowano drewno i wysyłano setki wozów do Gdańska. Bugiem ciągnęły berlinki pełne drewna z lasów Rubinsztejna. Na wielkich placach stali robotnicy, układali i rąbali dębowe kloce przeznaczone dla gdańskich kupców.

Dziesiątki sokołowskich Żydów pracowały u nich jako cieśle, dozorcy, woźnice i skrybowie. W kantorze, który znajdował się na początku ulicy, rojno było jak w ulu. Telefon się urywał, to zdzwonił Gdańsk, to Warszawa, to szlachcice ze dworów.

Poza handlem drewnem Rubinsztejnowie skupowali wszelkiego rodzaju zboża. Przy dworcu postawili wielkie magazyny i sprowadzili specjalne maszyny do czyszczenia i sortowania zboża. Była też stajnia z najlepszymi końmi, przed którą ze szlacheckich dworów bezustannie zajeżdżały setki załadowanych zbożem wozów.

Sokołowskie targi słynne były na całą Polskę. W okolicy znajdowało się wiele szlacheckich majątków i bogatych wiosek. W czwartek, w dzień targowy, do miasta zjeżdżały tysiące chłopów z ciężkimi, pełnymi zboża wozami. Wielu sokołowskich Żydów zarabiało tego dnia pieniądze na cały tydzień. Nie trzeba było mieć specjalnego spichlerza, aby skupować towar. Kupowano worek zboża, zanoszono do Rubinsztejna i znów wracano po kolejny. W dni targowe wszyscy i wszystko kręciło się wokół „carskiego dworu”. Schody prowadzące do kantorku nie zaznawały spokoju. Kobiety handlujące drobiem, rzeźnicy ze sztukami mięsa, rybacy przynoszący wielkie karpie i szczupaki, kobiety z wiadrami mleka, z gęsim smalcem, przekupki z przeróżnymi owocami: wiśniami, malinami, truskawkami nadającymi się na soki i konfitury. W kuchni w domu Rubinsztejna stały grube, spasione służące o umorusanych twarzach, gotowe natychmiast ugotować smakowite potrawy. Słodki, pociągający aromat smażonego mięsa unosił się w całym domu.

Synowie Buczego byli szczodrzy i chętnie rozdawali jałmużnę. Gdy ktoś stracił pracę albo gdy biedna panna młoda nie miała na posag, gdy ktoś zachorował i trzeba było zawieźć go do szpitala do Warszawy albo gdy jakiemuś woźnicy padł koń i trzeba było mu kupić nowego – zawsze szło się najpierw do synów Rubinsztejna.

Okoliczni i miejscowi biedacy byli u niego częstymi gośćmi. Gdy ktoś z biedoty zachorował, od razu biegło się i prosiło o talerz rosołu. A gdy ktoś się przeziębił i potrzebował odrobiny soku malinowego, aby się wypocić, też pukano do „carskiego dworu”.

Także podczas wszystkich kampanii prowadzonych przez Keren Kajemet [*Żydowski Fundusz Narodowy, gromadzący środki na zakup ziemi w Palestynie] albo Keren ha-Jesod [*organizacja pozyskująca środki dla Izraela] dwór zajmował honorowe miejsce. Gdy zbierano datki na jakiś dobroczynny cel, każdy chciał, aby przydzielono mu główną ulicę [*ul. Długą], na której znajdował się dom Buczego.

Na drugim piętrze reb Bucze siedział w miękkim, wyścielonym krześle jak król na tronie. Biło od niego arystokratyczną mądrością zbieraną od pokoleń. Dłońmi, w których płynęła błękitna krew, liczył pieniądze ze sprzedaży zboża. Bucze Rubinsztejn był chasydem rebego z Góry Kalwarii. Modlił się w kalwaryjskim sztyblu. Gdy był młody, wybrał się nawet do Judy Ariego Lejba Altera [*1847-1905, cadyk, przeciwnik syjonizmu]. Nie lubił też kłótni i nigdy nie mieszkał się w gminne sprawy. Potrafił za to studiować święte księgi. Wszyscy uczeni przychodzili do niego i w wolnym czasie razem studiowali Gemarę. Nie mówiąc nikomu, wspierał też finansowo kilku chasydów. Całe miasteczko jednak o tym wiedziało.

Pierwszym z nich był miejscowy uczony, mełamed Mojsze Aron, który cały czas przesiadywał w domu Buczego. Gdy ten zimą zobaczył, że Mojsze Aron chodzi w cienkiej kapocie, sam zamówił dla niego u krawca ciepły płaszcz. Także jeden z najzdolniejszych młodych sokołowskich uczonych, Mendel, syn Idla z Płocka, byłego sokołowskiego rabina, był jego częstym gościem. Wszyscy w miasteczku wiedzieli, że Bucze wytwórca octu, utrzymuje Mendla.

Po śmierci Buczego jego dzieci dalej prowadziły interesy. Dwór pozostał taki sam. Nie zhańbili dobrego imienia ich ojca. Jego żona Fejga, pełniąca funkcję nadwornej matrony, dalej prowadziła dom i zarządzała służbą, rozdawała jałmużnę i datki, wspierała potrzebujących i biednych. Dzieci oddawały jej część dochodów, a ona jak królowa dalej rządziła „carskim dworem”.

Fejga Bucze – matka wszystkich służących

2

Fejga Bucze była wysoką, postawną kobietą o okrągłej jak miseczka, pulchnej twarzy. Jej podwójny podbródek wyglądał jak wole wypchanego indyka, wałkował się i marszczył pod jej uroczą buzią.

Oczy miała duże, niebieskie i nieco mętne. Jak złoty paw stroiła się chętnie w swój jedwabno-aksamitny czepiec, obwieszała srebrnymi koralami i kolorowymi paciorkami.

Gdy mówiła, przeciągała każde słowo. Brzmiało to, jakby o coś chciała poprosić. Jej język, jej dykcja były bardzo kobiece, serdeczne. Wydawało się, że mówiąc, recytuje „Cene urene” [* tzw. Biblia kobieca, napisana w jidysz w XVI w.].

Jej wzrok, jej sylwetka były jakby stworzone do litowania się, do współczucia. Z tym było jej do twarzy. Gdyby nie ci wszyscy potrzebujący, chorzy, gdyby nie te wdowy, które przychodziły do niej wyżalić się i prosić o pomoc, jej życie nie miałoby smaku. Byłoby jej też nudno na tym Bożym świecie.

Czy kiedyś się złościła? Denerwowała? Ciężko powiedzieć. Pod jej matczynym wpływem dwór zyskiwał na znaczeniu. Wszystkie dzieci, zięciowie, synowe i wnuczęta bardzo ją szanowali. Synowie Buczego zamawiali sobie najpiękniejsze stroje. Dzięki nim w miasteczku zapanowała moda na piękne ubiory wzorowane na tych, które oni nosili. Wszyscy je podziwiali i trochę zazdrościli.

Fejga musiała osobiście oglądać, oceniać i wybierać materiały, z których miały zostać uszyte karakułowe płaszcze kupowane w Siedlcach i w Warszawie.

Miała specjalną kasę, oddzielne fundusze przeznaczone tylko dla bractw dobroczynnych i na jałmużnę. Gdy ktoś w mieście popadł w długi i potrzebował pomocy, zawsze szedł najpierw do Fejgi. Na dworze w okresie międzywojennym pracowało kilkanaście służących pochodzących z żydowskiej biedoty. Większość z nich mieszkała koło łaźni w starym, rozpadającym się domu Jankiela Dowida Gitkesa.

Fejga pomagała wszystkim, które służyły u niej na dworze. Urządzała im wesela z rzemieślnikami, woźnicami i tragarzami. Służące przychodziły do niej jak do kochającej matki, aby się wygadać, opowiedzieć, jak mężowie je traktują. Zwracały się do niej także, gdy zachorowało dziecko, a one potrzebowały pomocy. Było to jedyne miejsce, w którym czuły się zrozumiane i wiedziały, że jedyną osobą, która może im pomóc, jest Fejga, żona Buczego.

W jej kuchni zawsze było tłoczno. Przesiadywały tam żony miejscowych gabajów [*urzędników] i zwykłe kobiety, które przyszły prosić o odrobinę rosołu dla chorego dziecka. Także piękna, pulchna Bluma, wdowa znana w całym miasteczku, była częstym gościem w domu Fejgi. Cóż ta ostatnia miałaby z nią zrobić? Wyrzucić? Współczuła jej. Ona też kiedyś była bogata. Nikt nie wie, jakie są wyroki boskie. Dawała więc pięknej Blumie stopiony gęsi smalec, a ta w zamian piekła ciasteczka i podbijała jej serce w kuchni.

Także swatka Chajele, która w bogatych domach zbierała datki i żywność dla biedoty i koniec końców przywłaszczała pieniądze sobie i przejadała zebraną żywność, przychodziła co kilka dni z garnkiem po prośbie o kawałek drobiowego mięsa i odrobinę rosołu dla jakiejś chorej kobiety… Często służąca krzyczała:

– Pani gospodarz, nie dawajcie jej mięsa, nie dawajcie rosołu. Ona nikomu tego nie daje, sama to wszystko zjada. Wszyscy w mieście o tym wiedzą.

– Idź już, idź już. Same z tobą kłopoty. Niech je, na zdrowie, ja od tego nie zbiednieję – mówiła Fejga do służącej, a jej karbowany podbródek huśtał się po bokach.

Gdy żona tragarza Isroela Briskera zachorowała, ten z garnuszkiem w ręku poczłapał do dworu i wsunął swój niezbyt rozgarnięty łeb do kuchni Fejgi. Patrzył wzbudzającymi litość oczami i prosił służbę, aby dała mu trochę rosołu dla chorej żony. Fejga wzięła od niego garnek, nalała rosołu, wcisnęła mu jeszcze gęsie skrzydełko i kawałek piersi.

– Abyś żyła wiecznie, Fejgeszi – niezręczny tragarz Isroel Brisker dziękował. – Fejgeszi, gdy żona będzie rodziła, znów do ciebie przyjdę po rosół.

– Idź już, niech Bóg ma cię w opiece i niech ci pomoże, abyś już nie musiał po ludziach chodzić.

– To niemożliwe – odpowiedział Isroel Brisker i wycofał się z kuchni.

Skąd wziął się zwyczaj chodzenia po jałmużnę do Fejgi? W mieście byli przecież i inni bogacze. Czy Aron Karples był gorszym bogaczem? Czy były handlarz drewna, Pinkas Puterman miał mniej pieniędzy, zanim jeszcze jego interes spłonął? A co z dzisiejszymi bogaczami?

Czy wszystkie dobre uczynki Fejga odziedziczyła po mężu Buczem wytwórcy octu? A może był to dar z jej młodzieńczych lat? Czy wyniosła je z domu ojca, dzierżawcy reb Idla Bera z Patrykoz?

O tym trzeba opowiedzieć dokładniej.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!