“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 5

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Kotow zostaje zastrzelony, a Mojsze Aron jedzie do Warszawy

W miasteczku były typy, które zajmowały się szemranymi interesami. Podłączali się oni często to do socjalistów, to do bundystów, aby znaleźć pod ich skrzydłami ochronę. Popierali też strajki. W konfliktach z majstrami zawsze opowiadali się po stronie robotników. Jednym z nich był jeden z najsilniejszych chłopów w miasteczku, woźnica Szlojmele.

Kotow dostawał od niego kilka rubli łapówki, bo Szlojmele nie chciał, aby ten zawsze stał mu na drodze. Za dużo wspólników było do jego interesów… Kotow był mocno znienawidzony przez bundystów. Szlojmele postanowił więc go sprzątnąć. Chciał pokazać bundystom, którzy nie chcieli przyjąć go do partii, jakim jest bohaterem.

Gdy Kotow ze swoją długą ciemną brodą pokazywał się na ulicy, na mieszkańców padał blady strach. Żydzi kłaniali się mu w pas, usłużnie schodząc z drogi. Kotow zataczał się pijany po ulicach, a jego świńska morda nabiegła trefną krwią. Na Małym Rynku Kotow kopał i niszczył skrzynki i kosze pełne warzyw, należące do biednych żydowskich przekupek.

Kobiety płakały i błagały, aby nie deptał owoców i warzyw. Ten zaś tylko sapał i dyszał, roztaczając z zapitego gardła opary gorzałki. Nagle, gdy oddalał się ulicą w stronę besmedreszu, dał się słyszeć wystrzał z pistoletu. Kotow upadł na ziemię jak podcięty, zbutwiały dąb.

Wszyscy w miasteczku wiedzieli, że była to robota Szlojmele. Wielu bundystów aresztowano, między innymi synów Abrahama Mojszego Tanenbauma, Dowida i Naftalego. W siedleckim więzieniu spędzili ponad rok, czekając na proces. Abraham Mojsze dał Szlojmele pieniądze, aby ten mógł pokryć koszty podróży do Ameryki. Znany adwokat Ettinger [*prawdopodobnie Henryk Ettinger, 1859-1929] bronił braci i argumentował, że Szlojmele, który uciekł do Ameryki, zastrzelił Kotowa. Synów Abrahama Mojszego zwolniono.

Wiele oszustw i nadużyć popełniano w imieniu Bundu. Wiele strajków zostało też sprzedanych. Majstrom udało się podkupić niektórych działaczy. Płacono im kilka rubli i strajk się kończył.

Gdy ktoś w miasteczku miał osobiste porachunki z drugim człowiekiem, oskarżał go, że jest w zmowie z policją i donosi na bundystów.

Nieraz bundowscy działacze popełniali błąd, nakładając kary pieniężne albo stosując akcje terrorystyczne wobec niewinnych ludzi.

Dwaj furmani, Mojsze Aron i Szyje Grdyka, handlowali do spółki jajami i drobiem. Swój towar zawozili do Warszawy. Na rynku Szyje Grdyka pokłócił się i pobił z innym woźnicą, warszawiakiem, który także woził jaja i drób do Warszawy.

Nazywał się on Jankel i pochodził z sąsiedniego miasteczka Drohiczyna. W Warszawie miał syna, aktywnego działacza Bundu. Chłopak rozpowiadał na Szyję Grdykę kłamstwa, jakoby ten donosił na policję podczas strajku u szewca Elego Tamy. Warszawscy bundyści pobili Szyję i zabronili mu przyjeżdżać do Warszawy.

Mojsze Aron i Szyje Grdyka spędzili kilka długich miesięcy bez pracy. Bali się pojechać do Warszawy. Mojsze Mordechaj wysłał do stolicy specjalnego wysłannika, stolarza Kalmana Chila Fridmana, który miał wyjaśnić zaistniałą sytuację z warszawskimi towarzyszami. Zdjęto klątwę, a Mojsze Aron i Szyje Grdyka znów mogli jeździć do Warszawy.

W miasteczku ułożono potem piosenkę, którą śpiewano przez wiele, wiele lat:

„Mojsze Aron,
możesz już pojechać do Warszawy,
wybito już
wszystkich strajkujących”.

Tragiczny koniec

Wszystkie miłostki bogatych chasydzkich cór z szewcami i stolarzami stopniały jak wczorajszy śnieg, przeminęły z wiatrem. Piękne, porządne panny spacerowały, zakochiwały się i spędzały czas z młodzieńcami z miasteczka, ale gdy przychodziło do konkretów, do zaślubin i chupy, szybko traciły ochotę.

Menucha Alter i Lea, córka bogacza, pomagały szyć czerwone flagi, wykradały bogatym rodzicom pieniądze, wspierały strajkujących robotników i pomagały biednym żydowskim aktorom. Porwać mogłyby się nawet na usunięcie z tronu cara, nie bały się nawet Boga najwyższego, ale rewolucja skierowana przeciw ich przyszłemu, wygodnemu, bogatemu i sytemu życiu, jaką byłoby poślubienie zwykłego robotnika, buntownika i zaprzepaszczenie bogatej chasydzkiej tradycji, to było już za wiele. Co to, to nie! Na to nie były gotowe.

Menucha Alter ugięła się przed wolą ojca. Ten dał jej wielki posag i wyprawił wesele z lubelskim kupcem, który uchodził za bardzo dobrą partię. Dla Lejbele jednak jego miłość do Lei była sprawą bardzo poważną.

Ciężko przyszło mu zrezygnować z pięknej dziewczyny jaką była Lea, która latami romansowała z nim na drodze na Przywózki wśród wysokich topoli. Obiecała nawet, że ucieknie z nim do sąsiedniego miasteczka, do Siemiatycz, gdzie mieszkał jego krewny, i tam wyprawią wesele, nie mówiąc o niczym rodzicom. Ale od słów do czynów droga jest długa.

Lea, córka bogacza, nie chciała zostać synową szewca Mojszego Symchy Joela i mieszkać na ulicy Łaziebnej. Rewolucjonista Lejbele prawie postradał zmysły z powodu odmowy, jaką dostał od pięknej Lei, która jeszcze niedawno w romantyczne noce przyrzekała mu wieczną miłość.

W sercu Lei walczyły ze sobą dwie miłości. Jedna do Lejbele, druga do jej ojca, dla którego ślub z biednym szewcem byłby wielką tragedią. Obie miłości długo w jej sercu ze sobą wojowały. Widziała smutek ojca. Załamany i smutny stał przed nią Jakow Mojsze i prosił o litość:

– Lejusiu, nie czyń mi tego wstydu! Twój ślub z tym szewczykiem zapędzi mnie za młodu do grobu! Oddam ci cały mój majątek, abyś nie przyniosła na dom takiego poniżenia!

Jakow Mojsze chodził po mieście jakby był w żałobie, z nikim nie rozmawiał. Ludzie wiedzieli, rozumieli, dlaczego ma złamane, bolące serce.

W aleksandrowskim sztyblu, gdzie zazwyczaj się modlił, nie widywano go już po szabasie odprawiającego kidusz. Blady, zrezygnowany zaraz po modlitwach wracał do domu. Litość dla ojca była silniejsza niż miłość do Lejbele. Lea ze wszystkich sił próbowała zdusić swoje uczucia, ukrócić myśli o ukochanym. Przyrzekła sobie, że takiego wstydu ojcu nie zrobi.

Lejbele wyczuwał jej niechęć i chłód. Z jej słodkich ust zniknął uśmiech, jej ciało nie drżało już przy pocałunkach. Smutek bił z jej aksamitnych oczu. Nie poznawał jej, to nie była ta sama Lea.

Przestała się też z nim spotykać. Mijały tygodnie, a oni się nie widzieli. Lea siedziała w domu pogrążona w smutku i walczyła z cieniem Lejbele, próbując go od siebie przegonić. Wieczorami, gdy siedziała sama w pokoju, przed oczami przebiegały jej sceny i spotkania z ukochanym, z okresu, kiedy dopiero co zaczęła z nim romansować, a kiedy to Mojsze Mordechaj pracował na wsi, a potem w Warszawie. Jakie to było dobre, jakie piękne. Dziś życie jej zbrzydło. Do głowy przychodziły jej straszne myśli. Czasem chciała się nawet otruć i skończyć ze sobą. Cały czas miotała się między ojcem a ukochanym.

Była jednak za słaba i nie zdecydowała się na ostateczny krok. Nienawidziła życia, ale i bała się śmierci. Każdej nocy w myślach czekała na Lejbele w tym samym miejscu wśród gęstych drzew w miejskim parku, skąd zawsze dalej wyruszali na spacer.

Po miesiącach niewidzenia się Lea nagle przyszła do parku i spotkała Lejbele siedzącego na drewnianej ławce. Ten zapracowaną dłonią złapał jej dłoń i zwrócił się do niej tymi słowami:

– Powiedz mi, Lea, w co ty ze mną grasz? Umówiliśmy się przecież, że razem uciekniemy do Siemiatycz do moich krewnych i tam się pobierzemy. To nie jest zabawa. Mijają tygodnie, a ciebie nie ma. Znikłaś.

– Lejbl, nie pojadę do Siemiatycz. Nie chcę wychodzić za mąż, jeśli moi rodzice nie będą mi towarzyszyć pod chupą! Nie mogę tego zrobić mojemu ojcu! Prędzej odbiorę sobie życie niż przysporzę mu takiej zgryzoty!

– Tu nie o twojego ojca chodzi! Ty sama nie chcesz za mnie wyjść za mąż!

– Niech będzie tak, jak mówisz. Przyszłam ci powiedzieć, abyś już na mnie nie czekał w parku. Nie będziemy się już widywać.

– Dobrze, bardzo dobrze. Nie chcesz wziąć mnie za męża. Ale romansować ze mną, to chciałaś! Czy chociaż opowiesz twojemu przyszłemu bogatemu chasydzkiemu mężowi, że spędziłaś ze mną wiele nocy w piachu za rosyjskim kościołem?

Lea wyrwała rękę z jego dłoni i rozpłakała się. Chusteczką otarła łzy, które spływały po jej rozpalonej twarzy, i zniknęła za gęstymi drzewami. Lejbele stał, jego nogi drżały, patrzył w stronę znikających czarnych warkoczy, które jak dwa węże wiły się w powietrzu. Dwie wplecione czerwone jedwabne wstążki widać było jeszcze zza gęstych gałęzi.

Załamany wrócił do wyszynku Szepsla Hersza Pejesa i kazał sobie podać kwas i bób. Towarzysze, którzy siedzieli w karczmie, wiedzieli, że Lea, córka bogacza, już się z nim nie spotyka.

Tragarz Zawele, młodzieniec o szerokich plecach, człowiek prosty i dobry, nie zgadzał się na krzywdy, które miały miejsce w miasteczku, i zawsze próbował załagodzić kłótnie między tragarzami a stolarzami. Wstał od stołu, przy którym siedział z innymi tragarzami, podszedł do Lejbele i zapytał:

– Lejbele, kiedy się rozweselisz? Ludzie gadają, że będziesz nam stawiać zagryzkę i gorzałkę. No, co tak nagle zrobiło się cicho?

– Zawele, idź stąd. Zostaw mnie w spokoju. Nie mam na to ochoty.

– A co? Jakowowi Mojszemu nie podobał się taki zięć? A jakże to? Taki dobry kawałek towaru nie dla nas, zwykłych ludzi? Wszystkie piękne dziewczęta należą do bogaczy, do chasydów, ale nie do robotników!

W oczach tragarza Zawele zapłonął piekielny ogień, wyglądał tak, jakby zbierał siły do załadowania na wóz ciężkich pakunków. Stuknął pustą butelką o stół i krzyknął do tragarzy, którzy siedzieli przy stole:

– Nie możemy milczeć, musimy nauczyć ich, że nie można stroić sobie żartów z naszego towarzysza! Musimy się zemścić! Za to, że zawstydziła naszego człowieka, trzeba tej dziewusze wysmarować smołą twarz, aby wszystkie bogate dziewczyny wiedziały, że świat nie jest zabawą!

Lejbele bez słowa wstał, poszedł do domu i położył się do łóżka.

Następnego dnia, gdy Lea z koszykiem w ręku szkła do sklepu, towarzysze wylali na nią witriol. Jej piękna, świetlista twarz była bardzo poparzona. Długo leżała w szpitalu. Ojciec Jakow Mojsze sprowadzał najlepszych lekarzy. Medycy wycięli kawałki ciała i załatali poparzenia na twarzy.

Minęły lata i wybuchła pierwsza wojna światowa. Te wszystkie osobliwe postaci: Mojsze Mordechaj, Lejbele, Lea i inni młodzi ludzie, niczym ptaki, które jesienią opuszczają swoje gniazda na wysokich drzewach i odlatują do dalekich, ciepłych krajów, pozostawili za sobą swój miejski los i rozjechali się po dalekim świecie. Tylko ci, którzy nie mieli na to środków, zostali jak ptaki z podciętymi skrzydłami w zimnym, smutnym miasteczku.

Co się z nimi stało? Dokąd udały się te wszystkie interesujące postaci?

Część z nich jest już na tamtym świecie. Mojsze Mordechaj umarł w Ameryce, Lejbele w Rosji. Niektórzy są dziś starcami i są rozrzuceni po całym żydowskim świecie. Mieszkają w różnych krajach, także w Izraelu.

Spotykam czasem na telawiwskich ulicach albo na uroczystościach w ziomkostwie stolarza Kalmana Chila Fridmana, który z białych syberyjskich śniegów dotarł do brzegów Państwa Izrael. Tego samego Kalmana Chila, który nie chciał wpuścić rabina do szopy, gdy żydowscy aktorzy grali „Sprzedanie Józefa”. Wspomina on swoją przeszłość: wyszynk Szepsla Herszla Pejesa, tajemne zebrania za miastem na drodze do nowego cmentarza, ich „rabina” Mojszego Mordechaja, który zrobił z niego w Warszawie socjalistycznego bojownika. Kalman Chil zawsze przegrywa swoją bitwę z przeszłością, a w jego zmęczonym i zgasłym oku mieni się łza.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!