“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 12

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Sąsiedztwo robotników

Ojciec Pesacha Grina był kupcem. Handlował skórą, futrami i szczeciną. Należał do kockich chasydów i modlił się u sokołowskiego rebego. Nazywał się Jakow. Był wysokim mężczyzną i miał jasną, krótką brodę. Był surowy, przepełniony złością i energią, do tego wielce pracowity. Rankiem, gdy na zewnątrz było jeszcze szaro, a sąsiedzi spali w najlepsze, on był już na nogach. Już słychać było jego głos w całej izbie. Truchtem śpieszył do rzeźniczych jatek, zanim – nie daj Boże – któryś z miejscowych kupców zjawi się przed nim i wykupi cały towar.

Także wieczorami zajmował się pracą, często do godziny dwunastej w nocy. Solił i rozwieszał skóry, aby szybciej i lepiej wyschły. Nie znał zmęczenia, nie wiedział też, co to wypoczynek.

Sprzedaż skór nie była dla niego jedynie źródłem utrzymania. Lubił swój fach. Był z siebie dumny, rósł w oczach, gdy udało mu się kupić transport owczych skór obrośniętych gęstym, kręconym włosiem. Zadowolony gładził czarne, długie futro. Sprawiało mu to wielką radość.

Zawsze cieszył się dobrym zdrowiem. Silny, dorodny kark krył się pod kołnierzem jego białej koszuli. Nigdy nie jadł na czas jak wszyscy mieszkańcy na jego ulicy. Wiecznie był zajęty. To przyjechał ktoś z daleka i przywiózł ze sobą wagon pełen futer. To trzeba było zważyć, przejrzeć towar. Co raz to zajeżdżali osadnicy z okolicznych wiosek. Jeden przywiózł skórę wołu, inny skórę cielęcą, inny znów dziczyznę: lisy, tchórze i zające. Spokojniej nie było też w sezonie zimowym: domokrążcy przynosili na sprzedaż zastrzelone zające i trzeba było dopilnować, aby oddali mu skórę, a sobie zostawili mięso. A gdy handlarze futer na wielkich targach już sprzedali swoje towary i wracali do domów z kieszeniami pełnymi pieniędzy, trzeba było z nimi się napić. Szedł więc do wyszynku, zamawiał gęsie szyjki i gorzałkę, a oni kupowali od niego wagony pełne owczych skór na przyszły sezon.

U niego w domu ruch był jak na dworcu. Jeden wchodził, drugi wychodził. Przejeżdżali też kupcy z Warszawy. Kupowali owczą wełnę na rękawiczki, a garbarze z Węgrowa juchtową skórę.

Jakowowi brakowało zawsze kilku godzin w ciągu dnia. Dlatego jeszcze wieczorami przesiadywał do późna. Chaje, matka Pesacha Grina, czekała i podkładała drewienka do pieca, aby kolacja nie wystygła. Jakow codziennie jadł to samo. Jego ulubionym daniem były kluseczki z jagnięciną. Zjadał i najedzony kładł się pod pierzynę.

Chaja była niska i spokojna – zupełne przeciwieństwo męża. Wszystko jej się podobało i nigdy się nie skarżyła. Przyzwyczaiła się, że u niej w domu każdy jadł sam, nie jak u innych sąsiadów – wszyscy razem o tej samej porze. Siedziała i czekała na męża i nie poszła spać, dopóki on nie wrócił do domu z warsztatu, z jatki czy od garbarzy. Wtedy podawała mu kolację. Nieraz Jakow wracał do domu syty. Zdarzało się to przeważnie, gdy garbarze z okazji udanych interesów zapraszali go na pieczone szyjki, piwo i gorzałkę, Jakow wróciwszy do domu próbował jedzenia i odburkiwał:

– Dzisiejsza jagnięcina nie jest zbyt smaczna. Nie mogę tego przełknąć.

Chaja zaś szeptała do siebie samej:

– Gdy mysz jest syta, to i mąka smakuje gorzko.

Jej twarz była okrągła i śniada. Miała ładne rysy, które świadczyły o tym, że w młodości była piękną kobietą.

Gdy Pesach Grin był małym chłopcem, bardzo lubił przesiadywać przy matce w zimowe długie wieczory, kiedy ta przy piecu czekała na męża. Wówczas słuchał jej bajek i historyjek, które opowiadała dzieciom.

Chaja urodziła się we wsi Treblinka. Do ślubu żyła w lesie. Jej ojciec, Motl z Węgrowa, był znanym chasydem z Pilawy i bardzo pobożnym Żydem. Po ślubie jeszcze przez parę lat przebywał na dworze rebego Chaima Isroela z Pilawy. Nie wiedział, za co się zabrać. Do rebego do Pilawy przyjeżdżał na Jamim Noraim karetą zaprzężoną w parę koni wielki handlarz drewna, Bercze z Węgrowa. Rebe powiedział do niego:

– Zabierz do siebie do lasu tego młodzieńca i jego żonę.

Tym sposobem Motl z Węgrowa został skrybą w lasach ciągnących się nad Bugiem w okolicach Treblinki.

Chaje wieczorami opowiadała dzieciom o tych wszystkich wędrowcach, kupcach, którzy przyjeżdżali do lasu, przesiadywali i spali u nich w domu. Pamiętała o wszystkich pracownikach, Żydach i gojach, którzy byli u nich w lesie, o flisakach, drwalach i leśniczych, o ludziach, którzy wytapiali całe beczki terpentyny i smoły. Pamiętała też o wszystkich hulankach i bijatykach, jakie leśnik urządzał w lesie.

Sąsiadami Pesacha Grina byli sami robotnicy. Jego rodzice mieszkali w drewnianym domu na ulicy Koźlej. Przez cienkie drewniane ściany z szewskich warsztatów słychać było uderzania i kucie młotów, którymi do późnej nocy walili rzemieślnicy. Przez ściany słuchać było też śpiew krawcowych, który towarzyszył ich pracy, oraz stukot maszyn do szycia. Gdy jego smutna matka siedziała i czekała w zimowe, smętne, długie wieczory, z sąsiednich izb niósł się radosny śpiew.

Pesach Grin uczył się do piętnastego roku życia u najlepszych mełamedów w miasteczku. Z ojcem modlił się u sokołowskiego rabina. Większość sokołowskich chasydów nie wracała w szabas po modlitwach do domu, lecz zostawała w besemdreszu albo u Mojsze, syna rebego, w mieszkaniu na strychu, które znajdowało się w domu jego ojca.

Kobiety musiały czekać aż do hawdali, aż ich mężowie, sokołowscy chasydzi, wrócą do domów. Kidusz odmawiano nad wielkimi szklankami pełnymi 96% spirytusu. Myto się przed jedzeniem, posyłano chłopców do domów po rybę, mięso i czulent. Bardzo rzadko Jakow wracał po szabasowych modlitwach do domu. Chaja siedziała więc zasmucona i samotna i czekała, aż mąż wróci z besmedreszu.

Pesach Grin miał też inne ważne zadania. Gdy wszyscy młodzieńcy chodzili ze swoimi ojcami rzemieślnikami zaraz po jedzeniu za miasto do Krona, on musiał z innymi chasydzkimi młodzieńcami zanosić czulenty do besmedreszu rebego.

Sokołowscy chasydzi słynęli z picia na umór. Celebrowali tradycje reb Symchy Bunima z Przysuchy, który uważał, że najlepszym środkiem na odpędzenie złych duchów jest szklaneczka gorzałki. Trzeba było je [złe duchy] spić i posłać do wszystkich diabłów. Wlewali więc w siebie litry 96% spirytusu, nawet się przy tym nie krzywiąc.

Najlepszą zakąską były mrożone nóżki. A te Jakowa słynne były na całym dworze rebego. Jakow w czwartek po uboju kupował najlepsze, najtłustsze nóżki wołowe. Jego żona Chaja gotowała je i mroziła. W szabes po modlitwie Pesach Grin przychodził z dwiema miskami i zabierał mrożone nóżki dla chasydów. Zanosił im także czulent i wielki faszerowany żołądek, który Jakow dostawał od sprzedających mu skóry rzeźników.

Pesach Grin nasłuchał się także chasydzkich rozmów i opowieści z Przysuchy i Kocka. Pomagał śpiewać wszystkie niguny, które znał i śpiewał jeszcze długo po opuszczeniu chasydzkiego dworu.

Nigdy nie był fanatycznie religijny jak jego koledzy. Nie nosił też długich pejsów. Będąc małym chłopcem często opuszczał modlitwy. Zamiast tego, nawet w szabas, wolał spędzać czas w sadzie rebego, zrywając kwaśne zielone jabłka.

Ciągnęło go do pól, do lasów otaczających miasteczko. W chederze tylko interesowały go opowieści o bohaterach z Tanachu, którzy zawładnęli jego sercem.

Gdy do miasta przyjeżdżali aktorzy, jeszcze jako chłopiec w żydowskiej czapce i długiej kapocie, kupował bilet i szedł oglądać przedstawienie. Ojciec wygnał go za to na kilka tygodni z domu. Jednak kierował nim jakiś wewnętrzny popęd, każący mu tam pójść, zobaczyć wszystko, co dzieje się w miasteczku. W pogrzebie Nechy Waligóry nie uczestniczył żaden pobożny młodzieniec. On zaś jeden w wielki mróz poszedł wraz z konduktem drogą na nowy cmentarz. Słuchał piosenek śpiewanych przez chór i mruczał sobie pod nosem ich melodie. Stał z szeroko otwartymi oczami, pochłaniał każde słowo, które mówcy wypowiedzieli nad jej otwartym grobem.

Nie gotował się w sobie, nie burzył, gdy na rebego rzucono w besmedreszu ręcznik i przerwano jego kazanie. Nie wiedział, o co chodzi, i nie rozumiał istoty konfliktu rabina z partią, ale sercem był za syjonistami i bundowcami.

Gdy jego matka siedząc przy kopcącej lampie naftowej, cerowała i łatała skarpety, szedł do sąsiadów robotników i przysłuchiwał się ich piosenkom wzywającym do walki o lepszy, sprawiedliwszy świat.

Za ścianą mieszkała krawcowa Ester Barski, dziewczyna z burzą lokowanych, brązowych włosów. Była rozśpiewana i miała piękny głos. Gdy śpiewała, to całym swoim ciałem, a jej głos słychać było na całej ulicy.

Pesach Grin w zimowe wieczory chodził do niej i siadał przy stole, wsłuchując się z zapartym tchem w jej romantyczne i liryczne pieśni. Nie potrafił się powstrzymać i wkrótce sam zaczął podśpiewywać, świergotać pod nosem. Gdy tylko ojciec słyszał przez ścianę jego głos, zaraz zaczynał walić pięściami i krzyczeć tak głośno, że całe podwórze się trzęsło.

Gdy u piekarki Blimy w kawiarni otworzono bibliotekę, zapisał się do niej i zaczął czytać książki. Robotnicy, którzy pracowali w sąsiedztwie jego domu, widząc, że rozczytuje się w książkach, chcieli wciągnąć go do socjalistycznych partii. Wśród nich był także bundysta, towarzysz Szyja, którego Pesach Grin bardzo szanował.

Socjalistyczne idee głoszące wyzwolenie wszystkich ciemiężonych i wykorzystywanych, imponowały mu, trafiały do jego serca. Nie rozumiał jednak, dlaczego trzeba być od razu przeciwko Erec Isroel? – pytał często towarzysza Szyję. – Czy nie można pogodzić ze sobą obu idei?

– Nie, przyjacielu, nie można – po ojcowsku odpowiadał mu Szyja. – To nie kwestia woli ani możliwości. Powrót narodu żydowskiego do Erec Isroel jest niemożliwy, czy tego chcemy, czy nie.

Pesach Grin myślał wówczas, że towarzysz Szyja, a w szczególności Bund byłby dużo lepszą partią, gdyby przyjął koncepcję Erec Isroel.

Gdy zięć piekarki Blimy szukał w mieście młodzieży do swojej syjonistyczno-socjalistycznej partii, młodzieniec o takich poglądach, jakie miał Pesach Grin, był najlepszym kandydatem. Był jednym z kilkudziesięciu chłopców i dziewcząt, którzy w miasteczku obrali drogę pod prąd. Zainicjowali Poalej Syjon Prawicę. Wynajęto lokal, wciągnięto do partii wielu młodych robotników. Gdy Icchok wyjechał do Warszawy, Pesach Grin był już dojrzalszy, starszy. Wiele się nauczył i jeszcze więcej przeczytał. Znano go już nawet w Warszawie i wysyłano na wykłady do różnych żydowskich miasteczek. Od czasu do czasu pisywał do partyjnych gazet ukazujących się w Warszawie.

Lata mijały, a ekonomiczna pozycja Żydów w małych miasteczkach powoli załamywała się. Młodzież nie miała żadnego zajęcia, chodziła bezczynnie i bez celu. Żydowscy kramarze tracili swoje źródła utrzymania. Do żydowskich sklepów nie wpuszczano chrześcijańskich klientów. Młodzi masowo wstępowali do chaluców i wyjeżdżała na hachszary i do kibuców. W otchłani rozpaczy rodziła się nadzieja, że szybko uda się opuścić miasteczko i wyjechać do Erec-Isroel.

W pochmurne zimowe wieczory, gdy na brudnych i ponurych ulicach płonęły lampy naftowe, a z gnijących ścian bił zapach stęchlizny, dzieci żydowskiej biedoty tańczyły horę i wsłuchiwały się w smutne i radosne żydowsko-hebrajskie pieśni, których nauczył ich Pesach Grin. Tylko wtedy mogły przynajmniej na chwilę zapomnieć o zdradzieckich, antysemickich wiatrach, które hulały w miasteczku.

Bieda zawitała także do domu rodziców Pesacha Grina. Antysemicki bojkot załamał i zniszczył żydowski handel. W mieście pojawili się chrześcijańscy kupcy. Otworzono gojskie jatki, a handel podstępnie wyrwano z żydowskich rąk. Pesach Grin postanowił także wyjechać na hachszarę i przygotować się do alii do Erec Isroel. Chciał na własne oczy zobaczyć, przeżyć, poczuć nowe wspólnotowe życie, które na polskiej ziemi jest przystankiem w drodze do Erec-Isroel.

Czy to prawda, co opowiada młodzieży w miasteczku o idealnym, wspólnym i lojalnym życiu na hachszarze i w kibucu? Czy już tam powstaje nowy człowiek?

Już w Warszawie zapytano Pesacha Grina, dokąd chciałby wyjechać, i dano mu do wyboru kilka miast: Łódź, Kielce i Wilno. Wybrał Wilno. Sądził, że Wilno będzie dla niego najbardziej odpowiednim miejscem. Po pracy będzie mógł pójść do biblioteki imienia Straszuna albo do JIWO [*Żydowski Instytut Naukowy, założony w 1925 r.] i słuchać interesujących naukowych referatów. Wyjechał więc na hachszarę do Wilna, do kibucu Szacharija.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!