“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 16

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

*

Argentyńskie pola i lasy ciągnęły się w nieskończoność. Wielkie stada krów i owiec pasły się w głębokiej, zielonej trawie. Ogromne plantacje winogron, jabłek i gruszek zajmowały przepastne tereny. Na argentyńskiej ziemi była wiosna. Pesach Grin przebywał w miasteczku Tartagal, które leżało niedaleko boliwijskiej granicy. Tam wsiadł do pociągu, który jechał aż do Córdoby.

Siedział przyklejony do okna i patrzył na radosnych, beztroskich ludzi, którzy stali na położonych na trasie pociągu dworcach, na dzieci, które bawiły się na drogach, na młode pary, które siedziały przed swoimi domami i beztrosko, w otoczeniu pięknej przyrody, wygrywały na gitarach angielskie serenady. Wiosną dni w Argentynie są jasne i długie, słońce wędruje radośnie nad kwitnącymi polami. Śpiew niósł się, ulatywał nad górami i dolinami.

Obfitość kolorów: zielony, niebieski i rozpływający się w słońcu złoty flirtowały na drogach, głaskały się, mieniły i wspólnie wyśpiewywały pieśń na cześć wiosny na błogosławionej argentyńskiej ziemi. Właśnie zaczynało się święto Simchat Tora. Polska została już zdeptana, zniszczona. Niemiecka armia wkroczyła już do Warszawy. Wspominał swoje miasteczko, rodziców i bliskich. Co się z nimi dzieje? Pociąg przejeżdżał szybko przez kolejne miasta. Jak odnajdzie się w obcym środowisku?

Burza wyrwała go, jak z drzewa liść, ze zniszczonego miasteczka. Nie mógł oderwać wzroku od stacji kolejowej. Pożądliwie przyglądał się wesołym i rozśpiewanym argentyńskim zakochanym parom, patrzył w ich czarne jak smoła, rozmarzone oczy, obserwował przeganiane z drogi stada gołębi. Patrzył na symetrycznie wybrukowane ogródki z ogromnymi kwiatowymi rabatkami, na purpurowe róże, które mieniły się jak żarzące ognie na zielonych pluszowych trawach.

Przypomniał sobie Simchat Tora w miasteczku. Wtedy też tak świeciło słońce delikatnie, łagodnie, jesiennie. Na cichych, smutnych uliczkach tłoczyli się Żydzi. Podekscytowani, rozśpiewani ludzie chodzili ulicami z talerzami pełnymi pączków i innych wypieków.

Na podwórzu domu rebego roiło się od chasydów. Pokolenia chasydów bezpiecznie i pewnie stąpały po polskiej ziemi. W Simchat Tora wieczorem dotarł zmęczony do miasta Córdoba. Znalazł żydowską restaurację. Przynajmniej dziś, w Simchat Tora, przypomnę sobie smak żydowskich potraw – pomyślał. Po tygodniach bez żydowskiej gazety, zauważył leżącą na stole „Jidisze Cajtung” z Buenos Aires.

Nagłówek na pierwszej stronie brzmiał: „Niemcy pojmali węgrowskiego rabina, syna sokołowskiego rabina, i zamordowali go na rynku. Sokołowski rebe, reb Icchok Zelig Morgensztern, usłyszawszy tę straszną wiadomość zmarł nagle w Otwocku”.

Z Córdoby Pesach Grin pojechał do Buenos Aires. Tam jego oczom ukazał się zupełnie nowy świat. Nigdy nie wyobrażał sobie, że Argentyna może tak wyglądać. Przecież w Polsce przed wojną nikt nie miał pojęcia, jak żyje żydowska społeczność w Argentynie.

Pesach Grin przypomniał sobie, że w miasteczku na jego ulicy mieszkał stary Żyd, rzeźnik. Ludzie opowiadali, że jego córkę sprzedano w Argentynie czarnym ludziom, a pieniądze, które otrzymał za nią, pochodziły z grzechu.

Udało mu się już nawet spotkać tę córkę rzeźnika. Wiodła proste życie, wyszła za mąż za krawca i miała dorosłe już dzieci. Nie widział też żadnych czarnych ludzi, samych Europejczyków. Takich samych jak w Paryżu.

Gdy szedł w Buenos Aires ulicami do żydowskiego centrum w dzielnicy Villa Crespo, miał wrażenie, jakby był w Warszawie czy w Wilnie. Trzy żydowskie gazety, dwa stałe teatry, szkoły, żydowskie restauracje serwujące czulent, kiszkę i gefilte fisz [*faszerowana ryba]. Wszystko było takie swojskie, znajome, rozpływało się w ustach. Gdy brał do rąk żydowską gazetę, to aż świeciły mu się oczy. Myślał: – Boże mój, gdzie ja jestem? Czy to nie sen? Tak jak w Polsce. Partie, wybory, referaty, dyskusje i ziomkostwa.

Pesachowi Grinowi jakby wyrosły skrzydła. Był wszędzie. Organizował swoich krajan, udzielał się w publicznych dyskusjach, swoje myśli, nastroje opisywał w felietonach i reportażach drukowanych w żydowskich gazetach, które ukazywały się w Buenos Aires. Biły w nim ukryte źródła tryskające energią i impetem.

Przez pierwsze lata utrzymywał się z domokrąstwa. Pracował po kilka godzin dziennie, więcej nie musiał. W wolnym czasie czytał, pisał, chodził do teatru, udzielał się w pracach społecznych. Ale jego nastrój mąciły myśli o ciemiężonych, wyniszczanych polskich Żydach: o zniszczonym miasteczku, zamordowanej rodzinie. Nie dawało mu to spokoju.

Podążało to za nim jak cień, towarzyszyło mu, gdy chodził po ulicach, gdy roznosił paczki z towarem i pukał do drzwi. Także w wolnym czasie, gdy spacerował, gdy siedział w kinie, w restauracji, w parku i na placu zabaw, przy kolorowych fontannach, na basenie i na plaży. Postaci z miasteczka śledziły go, gdy szedł gwarnymi ulicami pełnymi kolorowego blasku. Widział je w serpentynach, plątaninie karnawałowych procesji.

Został wciągnięty do partii i musiał zrezygnować z pracy domokrążcy. Teraz jeździł po żydowskich koloniach i wygłaszał referaty, zakładał kolektywy, uczył żydowskich, hebrajskich pieśni w dalekich argentyńskich prowincjach.

W koloniach Moises Ville, Medanes [?], Bernasconi był częstym gościem. Gdy przyjeżdżał, koloniści przerywali pracę i przychodzili go posłuchać. Zdarzało się, że jeździli z nim z jednej kolonii do drugiej. Gdy Pesach Grin zjawił się w dalekiej Patagonii, gdzie Żydzi z utęsknieniem wyczekiwali żydowskich słów, jeden z kolonistów, Isroel Kremer, kupił samochód i razem jeździli szerzyć żydowskie słowo w najodleglejszych, zapomnianych punktach.

Isroel Kremer z Virge Lago [?], był wysokim, potężnym mężczyzną. Nosił szerokie spodnie. Goje wołali na niego „gaucho-judio” – żydowski kolonista. W Patagonii nie było ani jednego chrześcijanina, który by go nie znał. Wszyscy, starzy i młodzi wołali na niego „negro” – czarny. Chodził szybko, z impetem, jakby nosił go wiatr, żwawo i wesoło. Śmiał się głośno, pokazując swoje białe zęby. Nikt mu nic nie podarował, wszystko zdobył własną, ciężką pracą.

Chciał zmieniać świat. Tryskał energią i odwagą. Siedział na traktorze i w gorącym, prażącym słońcu, podśpiewywał modlitwy na Jamim Noraim, podczas gdy noże orały twardą ziemię. Cieszyła go każda pieśń. W każde święto Rosz ha-Szana i w każdy Jom Kipur zbierał się u niego w domu minjan. Z trudem udawało mu się zebrać tych kilka żydowskich rodzin z kolonii. Gdy nie było wśród nich nikogo, kto mógłby poprowadzić modlitwy, poświęcał się i sam stawał na podwyższeniu. Odmawiał z wiernymi modlitwy poranne, odmawiał z nimi też modlitwę musaf.

Gdy Pesach Grin przyjeżdżał do Virge Lago [?], udawał się od razu do Isroela Kremera. Ten przerywał pracę, skrzykiwał wszystkich kolonistów. Ci zaś zasiadywali w niego domu i słuchali wykładów Pesacha Grina.

Gdy przyjechał przeprowadzić kampanię na rzecz Hagany [*żydowska organizacja paramilitarna działająca w Palestynie od 1920 do 1948], Isroel Kremer kupił samochód i długie tygodnie jeździł z nim po rozsianych po całej Patagonii koloniach. Po drodze Pesach Grin musiał nauczyć go wszystkich nowych hebrajskich piosenek.

*

Wysokie i jasne było niebo w Patagonii, gdy jechali jej zakurzonymi drogami, świeciło prosto w oczy i oślepiało podróżnych. Słońce pieściło ich zdrowym, suchym żarem. Znad pustyni wiały wiatry, zasypywały pola kurzem i pyłem. Nie było brukowanych dróg prowadzących z jednej osady do drugiej. Samochód podskakiwał na krętych, wyboistych koleinach, dyszał jakby z głodu skręcały mu się kiszki.

Pesach Grin i jego towarzysz Isroel Kremer wlekli się po tych krętych drożynach, aby ze słowami wojującej żydowskiej społeczności w Erec-Isroel dotrzeć do każdej żydowskiej rodziny w Patagonii, nad rzekę Rio Negro, która wpada do Atlantyku. Rzeka jak tęcza wiła się wokół miasta, a jej zielone brzegi z dala wyglądały jak ciemny marmur.

Gdy Pesach Grin z podróży po dalekich prowincjach wrócił do Buenos Aires, często odwiedzał argentyńskich chaluców w kibucu imienia B. Kacenelsona. Tam wśród żydowsko-argentyńskiej młodzieży, która przygotowywała się do wyjazdu do Izraela, odnalazł to, czego szukał, ale nie znalazł ani w Polsce, ani w kibucu Szacharija w Wilnie, z którego wyjechał. W Argentynie wśród tej serdecznej młodzieży odnalazł swoje serce.

Często z nimi przesiadywał i rozmyślał: „Kto was, towarzysze, tutaj przywiózł? Co was skłoniło do przyjazdu? Co was zmusiło do opuszczenia waszych wygodnych domów, waszych rodziców i przyjazdu do kibucu? Nie był to głód ani brak pracy, ani prześladowania, ani antysemityzm. Chuliganie i pogromszczyki nie wygnały was z miasteczka. Zarobku waszym ojcom nikt nie zabrał. Wy macie swoje miejsce na ziemi, możecie pracować, możecie zarabiać pieniądze. To co skłoniło was do wyjazdu? Co gna was do Izraela?”

Kibuc położony był niedaleko stolicy kraju. A tam – nowoczesne, oświetlone neonowym światłem ulice, nad kawiarniami błyszczące kolorowe reklamy. Teatry, kina i miejsca wypoczynku kusiły i przyciągały ludzi swoimi jasnymi kolorami, wciągały w swoje świecące, elektryczne sieci. Miasto bogactwa i pracy. Każdy łatwo mógł znaleźć zajęcie. Nikt nikogo nie prześladował. Ale Pesacha Grina męczyło pytanie: dlaczego chaluce tutaj przyjechali?

Pamiętał dobrze broszury i książki, które czytał kiedyś w miasteczku, książki, które pokazywały rozumowo, które przekonywały, jakoby tylko materialne, ekonomiczne czynniki były motorem napędzającym i dodającym impetu narodowym i społecznym walkom między narodami. Krótko mówiąc, ludzie są inspirowani, napędzani do walki i poświęcenia się sprawom narodowym.

A teraz siedział w kibucu imienia B. Kacenelsona i „czytał” nienapisaną książkę, która dostarczała mu odpowiedzi na trudne pytania i niszczyła teorie, o których kiedyś czytał. Pesach Grin miał przed oczami nowe zjawisko. Prawdziwy żydowski cud wydarzył się w krajach Ameryki Południowej. Przed jego oczami jawił się cud – wieczny żydowski cud…

Druga wojna światowa skończyła się. Polscy Żydzi zostali wymordowani. Wszyscy jego bliscy nie żyli. Powstało państwo Izrael i Pesach Grin postanowił tam wyjechać.

Przyciągało go nie tyle państwo, ile wszyscy przyjaciele, którzy się uratowali, którzy wyszli z lasów, bunkrów, obozów koncentracyjnych, wrócili z Syberii. Do nich to ciągnął. Chciał ich zobaczyć, z nimi porozmawiać. Wiedział, że zawsze będzie z nimi siedział i nigdy go to nie zmęczy.

Pesach Grin opuścił Argentynę z tęsknoty za towarzyszami, z którymi się zaprzyjaźnił, za swojskimi, serdecznymi Żydami, których tak dobrze znał. Wyjechał do Izraela.

Urządzono bankiet pożegnalny, w żydowskich gazetach ukazały się poświęcone mu artykuły. Wielu pisarzy żałowało, że opuszcza Argentynę.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!