“Ludzie z przeszłości” – powieść w odcinkach. Część 10

Zapraszamy do lektury polskiego przekładu książki Pereca Granatsztejna “Ludzie z przeszłości”. Oryginał w języku jidysz został wydany przez Wydawnictwo Biblioteki I. L. Pereca w Tel Awiwie w 1959 r. Autor pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Był działaczem organizacji lewicowych i syjonistycznych. Pod koniec lat 30. XX wieku wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1950 r. do Izraela. Pisał artykuły do żydowskich gazet w Polsce, Buenos Aires i Tel Awiwie. Jest pochowany w miejscowości Holon. Na jego nagrobku napisano “Autor >>Ludzi z przeszłości<<“.

Akcja książki rozpoczyna się przed I wojną światową, by prowadzić nas przed dwudziestolecie międzywojenne aż do powstania państwa Izrael. Z Sokołowa Podlaskiego autor zabiera nas do Wilna, a potem do Ameryki Południowej. Pojawiający się w drugiej części powieści Pesach Grin to prawdopodobnie sam Perec Granatsztejn.

Kolejne części książki będziemy publikować co tydzień.

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

Część 6

Część 7

Część 8

Część 9

Część 10

Dom Idla z Patrykoz

3

Czarne i urodzajne były pola w Patrykozach. Dom stał otulony w głębokim lesie, w otoczeniu sadów. Stada owiec i krów pasły się na zielonych łąkach. Rano, zanim jeszcze słoneczne promienie przedostały się i rozwiały nocne, szare mgły, które zawisły nad chłopskimi, murowanymi domkami, z czerwonych kominów unosił się już dym. W domach gasły już kopcące lampy naftowe, a domownicy zbierali się do pracy.

Wśród wysokich jodeł, drogą wiodącą do dworu, szli żydowscy wędrowcy: domokrążcy, szmaciarze, sprzedawcy wody sodowej. Przez głęboki piach ciągnęły wozy z żydowskimi kupcami, rzeźnikami z Siedlec, Kałuszyna, Sokołowa, którzy skupowali i sprzedawali owce, bydło oraz zboże i wełnę od szlachcica z Patrykoz.

Drewniany dom Idla Bera, z werandą przy wejściu, stał w cieniu jabłoni rosnących w sadzie. Zapach świeżego ciemnego chleba, śmietany, szwajcarskich serów roznosił się po wszystkich pokojach.

Żydzi, którzy u niego nocowali, owinięci w tałesy szybko zmawiali poranne modlitwy. Niektórzy popijali gorzałkę i zagryzali białym serem.

Reb Idl dzierżawił dwór. Od szlachcica skupował zboże i wełnę. W jego domu cały czas urzędowali kupcy z Warszawy i Łodzi. Wozy wyładowane owczą wełną ciągnęły się drogą prowadzącą z dworu w Patrykozach. Już od bladego świtu było tłoczno i gwarno jak u ulu.

Wielu domokrążców nocowało u niego. Jeden z wielkich pokojów ścielono słomą, a ludzie kładli się na podłodze. Matl, żona Idla, i jego córki Fejga i Etel krzątały się i pomagały robić porządek w domu, rozdawały biednym wędrowcom chleb, mleko i ser. Przy stołach siedzieli kupcy, rzeźnicy i białą kredą robili rachunki, jedli wędzone mięso baranie i popijali wódką. Chłopi ze spiczastymi, podkręcanymi wąsami nabijali fajki, śmiali się pełnymi gębami, z których wyglądały zepsute dziąsła.

Wszyscy goście, chłopi i woźnice, bardzo szanowali Fejgę. Na wszystkich miała oko. Zdarzało się często, że późnym wieczorem do drzwi pukali jeszcze zbłąkani kupcy. Wychodziła szybko z łóżka i otwierała im drzwi. Często oddawała komuś swoje łóżko, a sama kładła się do matki. Z gościnności dom Idla słynął w całej okolicy. Domokrążcy, woźnice i szmaciarze wszędzie, gdzie tylko docierali, opowiadali, jakim wspaniałym człowiekiem jest Idl i jak troskliwa jest jego rodzina.

Gdy przychodził szabas, w dworze zapadała cisza. Wszyscy goście rozjeżdżali się do domów, do swoich żon i dzieci mieszkających w okolicznych miasteczkach. Fejga nudziła się bardzo, była smutna i nie mogła sobie znaleźć miejsca. Marzyła o niedzieli, kiedy jej dom znów zapełni się ludźmi. Wtedy czuła się jak ryba w wodzie. W tygodniu, gdy biedakom rozdawała chleb i mleko, była najszczęśliwsza.

W szabes godziny ciągnęły się w nieskończoność, otaczała ją wszechobecna nuda, monotonia i marazm. W niedzielę rano, gdy jeszcze nocne chmury wisiały nad wsią, Fejga stała już przy oknie i tęsknym spojrzeniem patrzyła w stronę traktu, którym za chwilę mieli nadjechać kupcy i domokrążcy. Zimą też stała przy oszronionych mrozem szybach. Gorąca para z jej ust roztopiła mróz, przez powstałą dziurkę mogła obserwować i nasłuchiwać kroków domokrążców przedzierających się przez zaśnieżone pola.

Fejga w długie zimowe wieczory czytała opowieści, które księgarze sprzedawali po wsiach. W niejeden wieczór wylała morze gorących łez nad kartkami cienkich książeczek i uskarżała się na los książkowych bohaterów, opłakując historie nieszczęśliwych sierotek, które autorzy opisywali w książkach.

Reb Idl Ber zatrudniał też mełameda dla swoich dzieci. Uczył on chłopców oraz dziewczynki. Był też wielkim dobroczyńcą. Nawet z Sokołowa przyjeżdżano do niego, gdy trzeba było wesprzeć finansowo jakiegoś chasyda lub urządzić wesele biednej dziewczynie.
W Sokołowie miało miejsce następujące zdarzenie. Woźnicy Szyi Joslowi, chasydowi z Góry Kalwarii, młodzieńcowi, który dopiero co się ożenił, zdechł koń. Zebrani w szabas w sztyblu chasydzi postanowili pomóc stanąć Joslowi na nogi. Postanowili kupić mu nowego konia.

Jeden z chasydów z Góry Kalwarii, reb Beniamin wytwórca octu, wziął na siebie trud zebrania pieniędzy. Pojechał więc do Patrykoz do reb Idla Bera. Szacowny gość został przyjęty z największymi honorami. Na stole postawiono wielkie misy suszonej baraniny i karafkę gorzałki. Fejga sprawnie kroiła baranie żeberka i rozdzielała siedzącym przy stole gościom.

Reb Idl wyjął ze swojego skórzanego portfela pięć rubli i podarował je na zakup konia dla Szyi Josla.

Fejge spodobała się gościowi Beniaminowi Rubinsztejnowi. Wracając do domu, podjął decyzję, że wyślę do Idla swata, aby ten wyswatał Fejgę dla jego syna Buczego.

I rzeczywiście po kilku dniach Beniamin wytwórca octu wysłał do Patrykoz swata młodego mełameda Mojszego Arona. Tego samego, który studiował z Buczem święte księgi. Miał on zaaranżować małżeństwo. Idl i jego żona Motl przyjęli propozycję z wielką radością. Idl założył jedwabną kapotę i barani kożuch, szybko pojechał do Sokołowa i przypieczętował swaty. Nawet nie targowano się o posag.

– Reb Binjominie, nie wystraszycie mnie, dam wam tyle pieniędzy posagu, ile będziecie chcieli. Tylko żeby wasz Bucze został moim zięciem, mężem mojej Fejgi – zapewnił go reb Idl zapinając futro.

Wesele było wystawne i piękne. Odbyło się w Sokołowie, a zaproszono na nie setki Żydów ze wszystkich okolicznych dworów. Idl zaangażował słynnych klezmerów z Międzyrzecza, kapelę reb Jonatana. Woźnica Szyje Josl, chasyd z Góry Kalwarii, przebrał się za Kozaka, na czele orszaku jechał na swoim koniu, którego kupili mu chasydzi, gdy prowadzono pana i pannę młodych pod chupę. Świętowano osiem dni. Tradycyjną ucztę dla biedaków i żebraków urządzono w domu Idla. Każdy otrzymał po uczcie srebrnego rubla.

Młody Bucze po ślubie pomagał ojcu prowadzić fabrykę octu. Pieniędzy mieli w bród.

Po śmierci Beniamina fabrykę octu i wielki dom, który stał w centrum miasta, odziedziczył Bucze. Zaczął on także handlować gorzałką. Z okolicznej gorzelni przywożono wielkie beczki spirytusu.

Jego żona Fejga rodziła zdrowych i silnych synów i córki. Dobro i tęsknota, których wyuczyła się w domu rodzinnym w jesienne wieczory w tajemniczych, szumiących lasach, rozciągających się przy drodze prowadzącej do jej byłego domu, do jej dzieciństwa, pozostawiły trwały ślad na jej charakterze.

Często tęskniła za tymi wieczorami, gdy z sadów unosił się słodki, odurzający zapach jabłoni, za mrukiem wysokich jodeł, które na dworze tajemniczo mamrotały w srebrnym świetle księżyca.

Ciągnęło ją do bajek, legend o dobrych ludziach, które wędrowcy opowiadali w długie, śnieżne zimowe wieczory. Ciągnęło ją do ludzi, do kupców, woźniców, tragarzy i żebraków, którzy przychodzili i opowiadali bajki. Tęskniła do pomagania biednym, nędznym wdowom i sierotom.

Bucze wytwórca octu wyprawił wesela wszystkim swoim dzieciom. Wszystkie zostały u niego w domu. Jego dom stawał się także coraz bardziej popularny. Ich interesy przybrały właściwy kierunek i Rubinsztejnowie zostali znaną na całą Polskę rodziną.

Fejga, żona Buczego, żyła jeszcze do wybuchu drugiej wojny światowej. Zdążyła być świadkiem ekonomicznego upadku dworu, polskiej antysemickiej polityki podatkowej, która zdusiła, zniszczyła trwały fundament, na którym wybudowany został „cesarski dwór”.

To jest historia Buczego Rubinsztejna i jego żony Fejgi, który tego szabasu podczas zebrania w domu rabina oświadczył, że nie będzie kłócił się ze swoimi dziećmi z powodu syjonizmu i nie miał też nic przeciwko ich fascynacji Erec Isroel, gdyby taki był ich wybór.

Nazwiska Rubinsztejn krwawy potop nie zdołał wymazać. Wielu wywodzących się od niego wnuków i prawnuków mieszka dziś w Erec Isroel. Mieszkają w miastach, w kibucach, pracują jako urzędnicy, pracują w fabrykach. Łańcuch nie został przerwany…

Lejzer Ele nie pozwala córce pójść do organizacji

Kazanie rabina wygłoszone w szabas nie na wiele się zdało. Wszystkie dzieci z porządnych chasydzkich domów wstąpiły do organizacji syjonistycznej i zostały jej aktywnymi działaczami. Jesziwa rozpadła się. Prawie wszyscy miejscowi młodzieńcy wstąpili do partii politycznych, a w jesziwie pozostało tylko kilku obcych młodzieńców, którzy do Sokołowa przyjechali z innych miast i tu utrzymywani byli przez mieszkańców.

Nawet ci, którzy niegdyś brali udział w zebraniu w domu rabina, nie mieli wpływu na swoje dzieci. Nie pomagały prośby, nie pomagały groźby. Nie było siły, która powstrzymałaby budzące się narodowo-syjonistyczne uczucia wśród młodzieńców z jesziwy i chasydzkich dziewcząt.

Jednym z niewielu miejscowych Żydów, którzy wzięli sobie do serca słowa rabina, był Lejzer Ele. Był to potężny, monstrualny mężczyzna o szerokich plecach i nabiegłej krwią twarzy. Reb Lejzer Ele był właścicielem kramu, który stał na rynku pośród innych straganów galanteryjnych. Łamaną polszczyzną przemieszaną z jidysz zachęcał gojów do zakupu nici, igieł, skarpet, szali i kolorowych jedwabnych wstążek.

Nie był on wielkim uczonym. Nie potrafił studiować, ale był szalenie pobożny. Co raz to biegał do mykwy oczyścić w zimnej wodzie swoje mięsiste, ciężkie ciało.

Miał dom pełen dzieci. Jednak mimo jego religijności najstarsza córka, Riwkele zaczęła wspólnie z koleżankami czytać żydowskie i hebrajskie książki. Zapisała się do biblioteki imienia J. Ch. Brennera i chodziła do syjonistycznego ośrodka, który mieścił się w domu kupca Mojszego Perelsztejna.

Lejzer Ele, podobnie jak inni ojcowie, nie tolerował tego, że jego córka Riwkele przychodzi do domu spóźniona i do tego jeszcze przynosi ze sobą książki. Lejzer Ele rwał każdą książkę, jaka wpadła mu w ręce. Późną nocą potrafił rozedrzeć się jak zarzynany wół, a swoim krzykiem budził wszystkich sąsiadów. Cała ulica wiedziała, że Lejzer Ele krzyczy i biadoli na swoją Riwkele, bo ta jest członkinią organizacji syjonistycznej.

Dziewczynie nie było czego zazdrościć. Gdy zauważył ją spacerującą z jakimś młodzieńcem, za włosy, za warkocze zaciągał ją do domu.

Sore, żona Lejzera Elego, była zupełnym przeciwieństwem męża złośnika. Była cicha jak gołąbeczka i dusiła w sobie ból i wstyd, których przysparzał jej mąż.

Często próbowała go udobruchać, okiełznać, uspokoić, aby już nie krzyczał, nie robił hałasu. Na nic to się nie zdawało.

– Lejzerze Ele, czemu krzyczysz? Dlaczego chcesz być wyjątkowy? Spójrz, proszę, wszystkie porządne chasydzkie dzieci, koleżanki Riwkele, czytają książki, chodzą na spacery z młodzieńcami, przychodzą do organizacji. Ich rodzice im nie przeszkadzają, nie zatruwają im życia tak jak ty. Dlaczego chcesz być Bożym Kozakiem? Czy jesteś uczonym i gospodarzem jak Bucze wytwórca octu? W mieście nie gadają o tym, że kłóci się ze swoimi dziećmi i wnukami. Biada mi! Cóż za ponure szczęście towarzyszy mi od pierwszego dnia, kiedy cię poznałam.

– Nie! Nie u mnie! Wygonię ją z mojego domu jak psa, jeśli będzie się zadawać z syjonistami – krzyczał rozwścieczony Lejzer Ele.

Przez całe tygodnie Riwkele nie wracała do domu. Spała u koleżanek, a od czasu do czasu brała klucz od sekretarza organizacji syjonistycznej i nocowała w lokalu na twardym stole. Jej matka, Sore, nocami cicho szlochała w poduszkę i wylewała morze łez.

Riwkele wspólnie z przyjaciółmi założyła w miasteczku organizację chalucową [*przygotowującą młodzież do życia w Palestynie]. Młodzi założyli też punkty hachszary [*punkt szkoleniowy] i przygotowywali się do wyjazdu do Erec Israel.

*

Piętnaście kilometrów od Sokołowa leży wieś Patrykozy, jedna z najbogatszych i najbardziej urodzajnych wsi w okolicy. W pięknym pałacu mieszka szlachcic. W jego majątku założono kibuc. Riwkele i kilkudziesięciu chaluców pracowało w majątku szlachcica, który ich utrzymywał i karmił. Chłopi przyjęli chaluców z wielką radością. Wieczorami przychodzili do kibucu posłuchać ich śpiewu. Riwkele była jedną z najzdolniejszych i najbardziej aktywnych chalucniczek. Wszyscy ją szanowali. Była też jedną z niewielu, która znała hebrajski.

W każdy szabasowy wieczór grupa sokołowskich młodzieńców i dziewcząt wyruszała pieszo do Patrykoz do chaluców i zostawała z nimi do niedzielnego wieczora.

Duchowym przywódcą chaluców był wówczas Icchok Skała należący do Ceirej Syjon [*Młodzi Syjonu, ruch lewicowo-syjonistyczny]. Specjalnie przyjeżdżał do Partykoz i wygłaszał wykłady i uczył języka hebrajskiego.

Icchok Skała był duchowym ojcem Riwkele. Wychowywał ją i pokazał jej nową życiową drogę. Zabrał ją z domu szalenie pobożnego ojca i dał jej pracę u szlachcica w Partykozach. Riwkele siała, szyła i przygotowywała się do alii [*wyjazdu na stałe] do Erec Israel.

Okres przygotowawczy nie trwał zbyt długo i dziewczyna dostała pozwolenie na wyjazd. W miasteczku urządzono bankiet. Wygłoszono doniosłe syjonistyczne przemowy, a na stacji kolejowej odtańczono horę na cześć alii Riwkele.

Dla Lejzere Elego wyjazd Riwkele do Erec Israel był wielkim nieszczęściem, karą zesłaną prosto z niebios.

 

Tłumaczenie z jidysz: Agata Reibach. Konsultacja hebraistyczna: Regina Gromacka. Redakcja: Katarzyna Markusz i Regina Gromacka.

 

Część 11

Część 12

Część 13

Część 14

Część 15

Część 16

Część 17

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!