“Czas odnaleziony. Podróże z moją matką” [fragment książki]

Halina Rubin urodziła się w przededniu II wojny światowej. Z dzieciństwa pamięta dramatyczną ucieczkę w głąb Związku Radzieckiego i leśne życie wśród partyzantów. Zdołała przetrwać dzięki odwadze i zaradności swej matki, która dokonywała cudów, żeby chronić nie tylko córkę, ale i rannych żołnierzy będących pod jej opieką. Po wojnie rodzina zamieszkała w Warszawie, jednak w 1968 roku zmuszona była wyruszyć w kolejną podróż, by w dalekich krajach zaczynać życie od nowa.

Po śmierci rodziców Halina przez wiele lat nie dotykała dwóch zakurzonych pudeł z ich listami, dokumentami, zdjęciami i notatkami. Dopiero za namową córki zajrzała do nich i zaczęła odkrywać szczegóły traumatycznej historii rodzinnej. Żeby dowiedzieć się więcej, wyruszyła w intymną podróż do dawno zapomnianych miejsc, śladami swojej niezwykłej matki.

Książka “Czas odnaleziony. Podróże z moją matką” Haliny Rubin w przekładzie Krzysztofa Środy ukaże się 7 listopada w Wydawnictwie Czarne.

Fragment książki:

Młodość moich rodziców przypadła na okres między dwiema wojnami. Polska cieszyła się świeżo odzyskaną niepodległością, były to więc czasy nadziei, ale i politycznego zamętu. Wschodząca demokracja parlamentarna, ściśnięta między Związkiem Radzieckim z jednej strony a Niemcami z drugiej, zmierzała z wolna w kierunku dyktatury. Antysemityzm, choć nieusankcjonowany, rozkwitał, przybierając niekiedy gwałtowne formy. Wiele dróg kariery było dla Żydów zamkniętych. Nie dopuszczano ich do projektów publicznych ani do urzędów państwowych. Instytucje rządowe, szkoły i szpitale nie chciały ich zatrudniać, więc pracy mogli szukać jedynie w prywatnych, przeważnie żydowskich firmach.

Rodzice dorastali w dzielnicy, gdzie bezrobocie i bieda były widoczne na każdym kroku – wilgotne sutereny bez kanalizacji i światła, zamieszkiwane często przez kilka rodzin – i bardzo wcześnie zwrócili się ku radykalnej lewicy. Mieli wybór – mogli zamknąć oczy na to, co się działo wokół nich, albo się temu przeciwstawić. Komunizm obiecywał położenie kresu biedzie, bezrobociu i nienawiści rasowej. Partia komunistyczna była wtedy nielegalna. Przynależność do niej nie przynosiła ani zaszczytów, ani przywilejów. Po drugiej wojnie wszystko się zmieniło. Komuniści szybko wyeliminowali inne partie, uzyskując władzę absolutną.

Kiedy do moich rodziców dotarło, że w ich imieniu popełnia się nieprawości? Kiedy dowiedzieli się o przestępstwach Stalina, o milionach ofiar zamordowanych w czasach wielkiego terroru? Jak pogodzili się z przemocą wobec Polski, Czechosłowacji i Węgier?

Trudno mi dziś stwierdzić, kiedy i z jakich przyczyn nastąpiło rozczarowanie systemem władzy, kiedy stracili nadzieję, że można go naprawić.

Pytałam o to przyjaciół, których rodzice szli tą sama drogą, ale ich dręczyły takie same pytania. Przeciwstawianie się partyjnym dogmatom było trudne do pomyślenia, a czasem graniczyło z samobójstwem. Co czuli, będąc częścią machiny działającej poza ich kontrolą? Czy paraliżujący strach?

Dopiero wydarzenia marcowe, podczas których wykorzystano antysemityzm w wewnętrznej walce o władzę, ostatecznie pogrążyły partię w oczach rodziców. A przecież to była ich partia, więc oni również – słusznie czy nie – czuli się odpowiedzialni. Kiedyś mieli nadzieję na lepszy świat i odwagę, by cierpieć za swoje przekonania. Pod koniec lat sześćdziesiątych wiedzieli już, że wszystko jest stracone. Ta świadomość musiała być druzgocąca.

Któregoś dnia spotkałam mamę w autobusie. Siedziała przy oknie. Wyglądała na przygnębioną i zmęczoną. Gdy ją zobaczyłam, poczułam brzemię jej zmartwień. Usiadłam obok. Patrzyłyśmy bezradnie na przesuwające się za oknem transparenty i plakaty, szydercze i nienawistne. Autobus wiózł nas do domu – domu, który miałyśmy niedługo opuścić.

Sierpień był ostatnim miesiącem naszego życia w Polsce, ostatnim wspólnie spędzanym w kraju, w którym urodzili się, żyli i zmarli lub zostali zamordowani nasi przodkowie. Mama miała pięćdziesiąt siedem lat, ojciec był o pięć lat od niej starszy, więc byli młodsi niż ja dzisiaj. Wtedy jednak myślałam, że są starzy, i bałam się, że niedługo mogę ich stracić. Oboje byli mi drodzy, jednak z mamą łączyły mnie więzi niezwykle głębokie. Przeżyłyśmy razem najgorsze lata wojny. Znałam każdy szczegół jej twarzy, owal, linię nosa, piwne łagodne oczy i każdą zmarszczkę. Podziwiałam siłę jej charakteru i otwartość serca. Byłam z niej dumna. No a poza tym była piękna. Mimo że nie zawsze zachowywałam się jak idealna córka, ona nigdy nie przestała bezgranicznie wierzyć we mnie.

Lata później, już w Australii, niedługo przed jej śmiercią spytałam, czy nie pojechałaby ze mną na piknik. Odwróciła się do mnie, uśmiechnęła i odpowiedziała tak, jakbym chciała ją zabrać w długą podróż:

– Z tobą nawet na koniec świata.

Wstrzymałam oddech ze wzruszenia. Takich darów nie dostaje się codziennie.

Od czasu, kiedy mi to powiedziała, minęło wiele lat. Ale może właśnie zaufanie mamy daje mi dziś siłę do zabrania jej w tę skomplikowaną, ryzykowną podróż przez wiek dwudziesty – przez jej życie.

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!