Dziennik Janki Goldstein – premiera książki

Dziennik Janki Goldstein, fot. Żydowskie Muzeum Galicja w Krakowie

„Dziennik Janki Goldstein”, książka wydana nakładem Żydowskiego Muzeum Galicja dzięki wsparciu finansowemu Miasta Krakowa, to nieznane dotąd świadectwo z okupowanego Krakowa. Wydanie „Dziennika” jesienią 2018 roku zbiega się z 76 rocznicą październikowych deportacji z getta w Krakowie do obozu zagłady w Bełżcu. Książka ta przypomina o tragicznych losach jednej z wielu krakowskich rodzin, których członkowie zginęli w czasie Holokaustu. Na premierę książki zaprasza Żydowskie Muzeum Galicja (Kraków, ul. Dajwór 18) 28 października o godz. 16.

Autorka dziennika, Janina Bronisława Goldstein (1920-1945) była córką Juliana Goldsteina, działacza Stowarzyszenia Rękodzielników Żydowskich Szomer Umonim, redaktora naczelnego czasopisma „Rękodzieło i Przemysł” wydawanego przez to Stowarzyszenie oraz właściciela Zakładu Artystyczno-Ślusarskiego, który mieścił się w budynkach przy ul. Dajwór stanowiących obecnie siedzibę Żydowskiego Muzeum Galicja.

Dziennik Janki, jedyny zachowany zeszyt (jeden z wielu, które zapisała), obejmuje lata 1940-1942, a zatem jest ważnym świadectwem z lat niemieckiej okupacji – zapisem codziennego życia młodej krakowianki, którą dotknęło wykluczenie, prześladowania, a w końcu zamknięcie w odizolowanym od reszty miasta getcie. Janka niewiele miejsca w swoim dzienniku poświęcała opisywaniu okupacyjnej rzeczywistości – koncentrowała się raczej na sobie, swoich relacjach z innymi, uczuciach, wspomnieniach, zwyczajnych i niezwyczajnych wydarzeniach dnia powszedniego.

Dziennik opracowały Katarzyna Zimmerer i Ewa Czekaj. Katarzyna Zimmerer, autorka m.in. wydanej niedawno „Kroniki zamordowanego świata”, zadbała o to, by osadzić świadectwo Janki w szerszym kontekście, oddać realia życia w Krakowie w latach 1939-1943, wyjaśnić używane przez Jankę sformułowania związane z niemiecką okupacją i życiem w krakowskim getcie, zidentyfikować przynajmniej niektóre osoby, o których Janka wspominała. Ewa Czekaj, której dziadkowie Alicja i Andrzej Łachowie znali rodzinę Goldsteinów i przechowali dziennik Janki, przeprowadziła żmudne kwerendy w archiwach, by choć częściowo zrekonstruować losy Janki Goldstein, jej rodzeństwa, rodziców i innych krewnych. Dotarła do licznych dokumentów, dzięki którym udało się ustalić wiele faktów dotyczących samej Janki, a także ojca – Juliana Goldsteina, matki – Sary z domu Scheller (r. Silberling) i jej rodzeństwa, siostry Róży oraz brata Stefana, jedynego członka rodziny, który przeżył Holokaust.

Mimo obszernych objaśnień, dziennik Janki nie jest łatwą lekturą. Karty dziennika zapełniają imiona i inicjały osób, z których tylko część można było zidentyfikować. Jest w nim wiele niedopowiedzeń, urwanych opowieści, nie do końca zrozumiałych fragmentów. Nie jest to rzeczowa, prowadzona systematycznie kronika okupowanego Krakowa. Jest to intymny, ukrywany nawet przed najbliższymi pamiętnik, zapis codziennych zwykłych i niezwykłych zdarzeń, relacji autorki z członkami rodziny, przyjaciółmi i znajomymi, zapis jej emocji, w tym rodzącego się uczucia do Heinza Dresslera.

Dzięki zachowanemu dziennikowi pamięć o Jance, o jej rodzinie, przyjaciołach, znajomych bliższych i dalszych zostanie w pewnym sensie uratowana. O wielu osobach, o których Janka pisała w swoim dzienniku, wciąż wiadomo niewiele lub nic. Jednak dzięki zapiskom Janki wiemy, że ci ludzie istnieli.

Projekt „Opracowanie i wydanie Dziennika Janki Goldstein” jest współfinansowany ze środków Miasta Krakowa.

Wybrane fragmenty:

Jestem tak bardzo ostatnio wyczerpana. Nie mogę po nocach spać, wciąż mnie jakieś zmory opadają. Tatuś został mianowany wiceprezydentem Gminy i dziś rozpoczął urzędowanie. Wcale się z tego nie cieszymy, chociaż gdy wszyscy gratulowali Tatusiowi i gdy Jula opowiadała, jak to wszystko było, duma mnie rozpierała. Ale co z tego. Nie wrócą już te czasy, gdy Tatuś spokojnie siedział sobie w domu i czytał książki. Teraz wczas wychodzi z domu i późno wraca. Rano musi być trochę w fabryce, w południe urzęduje w Związku Rękodzielników, a po południu w Gminie. Tak mało go widzę i czasem mi się tak za nim przykrzy. Ja go tak ubóstwiam. Zawsze staram się go naśladować i jak mam coś zrobić, to sobie zawsze myślę, jakby Tatuś postąpił na moim miejscu.

***

Z fabryki [Ojca] pojechałam ze wszystkimi garnkami z obiadu po chleb i proszki. Potem pieszo wracałam do domu, co chwilę przystając i zmieniając ręce. Miałam jeszcze przygody po drodze. Nie wiem, czemu się na mnie uwzięli. Gdy przedwczoraj szłam z obiadem, na Dajworze trzech smarkaczy ustawiło się jeden za drugim, a ostatni pchnął ich na mnie. Odepchnęłam go z całej siły, jaką jeszcze posiadałam w zelektryzowanej ręce. Bo poprzednio w Rynku odkręcałam zatyczkę i prąd mi przeszedł przez rękę i nogę. Wczoraj znowu, jakiś andrus uderzył mnie kijem po nodze, a trochę dalej mała dziewczynka chciała na mnie rzucić kulę śnieżną, bo nie odzywałam się na jej prośby o chleb, który nawiasem mówiąc, chciała mi ukraść. Oczywiście, że takie rzeczy wytrącają mnie z równowagi, ale nie na długo. Zostaje mi po nich niemiły posmak. Co wyrośnie z tych dzieci? Jakie społeczeństwo utworzą w przyszłości, skoro za młodu nienawidzą?

***

Często myśli moje kierują się w stronę naszego sąsiada, urzędnika Gminy, kolegi Stefka, Heinza Dresslera. Jest to szalenie miły, choć nieładny chłopak, o rok starszy ode mnie. Wysoki, szczupły nie zanadto, brunet, o ładnych oczach, lecz dużym nosie. I to go szpeci. Ale jest bardzo sympatyczny. Poznałam go w parę, czy też na drugi dzień naszego wprowadzenia się. Pożyczyliśmy dwie paki drowi Blassbergowi na książki. A ponieważ Heinz mieszka razem z nim, więc obaj przyszli po te paki. I wtedy ich poznałam. Kolejno, powoli zaznajomiłam się z jego rodziną, jak i z niektórymi lokatorami. Czasem chodzę tam po książki, a codziennie widzę kogoś od nich i często rozmawiam. Wrócę do Heinza, jego rodziny i w ogóle lokatorów naszych następnym razem, o ile nie zajdzie coś ważniejszego w międzyczasie. Bo to ma zawsze czas. No, a teraz odkładam. Jestem śpiąca i zmęczona. Na polu deszcz, to się chce spać. Jestem jednak zadowolona, że przynajmniej tę stronę napisałam. Mam mało czasu, jak już znajdę chwilę, to ktoś siedzi i nie mogę pisać. Kradnę wolne minuty, jak złodziej.

***

Heinz zapytał łagodnie: „Co pani właściwie jest?”. Już przedtem zadawał mi kilkakrotnie to pytanie, a ja mu za każdym razem odpowiadałam wzruszeniem ramion. „Muszę już iść.” Ale stanął nade mną i długo na mnie patrzał. Oczy miałam spuszczone, ale dokładnie wiedziałam, co on robi. Chwycił moją głowę, przytulił do siebie, jak wtedy we czwartek, po „bitwie”. Na to weszła jednak p. Weigrunowa. Momentalnie się cofnął. Gdy ona wyszła, podszedł do mnie z drugiej strony kanapy, objął mnie lekko i przytulił swój policzek do mojego. Było mi tak dobrze, a mimo to tak smutno, że łzy cisnęły mi się do oczu. Czułam, że Heinz nie może się już opanować i szuka moich ust. Dotknął je leciuchno swoimi, ale ja się delikatnie odwróciłam i wargi jego spoczęły na mojej szyi, znowu policzek jego dotykał mojego. Staliśmy tak dość długą chwilę. Zastanawiałam się, czy wolno mi pozwolić się pocałować przez niego. Sprawiało mi to taką przyjemność, ale czułam, że mi nie wolno.

***

Nie mogłam, nie byłam w stanie pisać aż do tego czasu. I teraz ledwo się na to zdobyłam. Ale opisać to wszystko, co przeszłam od pierwszego czerwca… nie! , to jest ponad moje siły. Co minęło, już nie wróci, więc lepiej zapomnieć o tym. W pamięci będą mi jednak zawsze tkwiły wspomnienia obejmujących mnie ramion Heinza, tulących do siebie i dotyk jego miękkich, gorących warg. To jest pierwszy chłopak, którego naprawdę kocham, którego objęłam za szyję i pierwsza pocałowałam. Nie będę opisywać tych wszystkich rzeczy. Zostaną i tak na zawsze w mej pamięci, a za dużo byłoby pisania i rzeczy smutnych, o których wolę nie myśleć. Jedną z najstraszniejszych rzeczy jest to, że Heli nie ma ze mną i co gorsza, nie wiem w ogóle, co się z nią dzieje i gdzie jest. A tak mi brakuje!!!

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!