Holokaust to nie tylko niemiecki problem. To również problem całej Europy

Prof. Jan Grabowski, fot. archiwum prywatne

Pewien czas temu zostałem zaproszony do Tutzing, malowniczej miejscowości położonej niedaleko Monachium, w celu wzięcia udziału w zebraniu, lub też warsztacie naukowym, na który zjechało się wielu niemieckich i zagraniczych historyków, badaczy dziejów II Wojny Światowej. Tym razem przedmiotem naszej uwagi miały być dzieje Zagłady. Jednym z celów spotkania było „zestawienie” badaczy niemieckich z badaczami pochodzącymi z innych krajów, tak abyśmy mogli porównać różne podejścia do tej problematyki. Holokaust to jedne z nielicznych wydarzeń o uniwersalnym znaczeniu w historii ludzkości, coś, co wzbudza emocje i reakcje w skali światowej i dlatego nadaje się do tego rodzaju międzynarodowych porównań.

Jest rzeczą dobrze znaną, że historycy oraz społeczeństwa, z których się wywodzą (oraz dla których piszą) poszukują w historii odpowiedzi na różnorakie pytania. Nikogo wobec tego nie dziwi, że w wypadku Niemiec, historia Zagłady służyła jako okno przez które Niemcy chcieli spojrzeć na własne społeczeństwo żeby zrozumieć jak mogło dojść do tej bezprecedensowej katastrofy. Niemcy chcieli też dowiedzieć się, które przejawy życia politycznego, religijnego czy społecznego, charakterystyczne dla nich samych spowodowały to, że doszło do Zagłady. No i na koniec niemieccy historycy chcieli odpowiedzieć na pytanie czy te „niemieckie cechy”, które przyczyniły się do ukształtowania polityki ludobójstwa, zostały w okresie powojennym przezwyciężone; skutecznie wykorzenione z niemieckiej Volksgemeinschaft, z niemieckiej wspólnoty narodowej, z niemieckiej polityki.

Właśnie to zainteresowanie znalazło się u podstaw gałęzi niemieckiej historiografii, którą nazywamy Tätergeschichte, czyli historią sprawców. To właśnie pisanie „historii sprawców” stało się znakiem firmowym niemieckich historyków zajmujących się dziejami zagłady Żydów. Wtedy, gdy historycy izraelscy i amerykańscy skupili się głównie na losie ofiar, niemieccy badacze poświęcili się studiom nad „własnymi” ludźmi: nad armią, nad przywództwem hitlerowskim, nad szeroko pojętym społeczeństwem, nad procesami decyzyjnymi – listę tematów można by ciągnąć długo. Od czasu do czasu książki zaganicznych autorów odbijały się w Niemczech głośnym echem. I tak, w latach 1990, wielki rozgłos zdobyła sobie książka amrykańskiego historyka Daniela Jonasza Goldhagena, pt. „Gorliwi pomocnicy Hitlera. Zwykli Niemcy wobec Zagłady”. Centralną tezą książki było pojęcie “eliminującego antysemityzmu”, szczególnie groźnej formie anysemityzmu, która wyewoluowała wyłącznie w Niemczech, i która stała się – jak twierdził Goldhagen – jedną z cech charakterystycznych niemieckiej kultury. Historycy przyjęli książkę dość chłodno. Zdumiewająco prosta hipoteza, która miała wyjaśnić w sposób przystępny niezwykle skomplikowany problem nie była specjalnie przydatna w wytłumaczeniu postępowania tak wielu innych Europejczyków: Litwinów, Ukraińców, Węgrów czy Polaków, którzy zdecydowali się włożyć własny wkład w wymordowanie europejskich Żydów.

Książka, całkiem niespodziewanie, odniosła w Niemczech wielki sukces i sprzedała się w kilkuset tysiącach egzemplarzy. Dla niemieckiego czytelnika książka, w sposób przystępny, przy pomocy teorii „eliminującego antysemityzmu” tłumaczyła co się stało i w jaki sposób doszło do dziejowej katastrofy. Równocześnie lektura Goldhagena dawała Niemcom pewien moralny komfort. Skoro antysemityzm został w Niemczech w dużej mierze przezwyciężony – a takie przekonanie dominowało w latach 1990 – to wraz z nim zniknęła przyczyna wcześniej popełnionych zbrodni. No a „nowe”, wyleczone z antysmityzmu niemieckie społeczeństwo już nigdy nie byłoby podatne na ludobójcze pokusy przeszłości.

Wróćmy jednak do Tutzing. W trakcie dyskusji stało się jasne, że dla wielu niemieckich kolegów „historia sprawców” dobiegła swego naturalnego kresu. Historykom udało się odnaleźć i opisać przyczyny zła, a setki prac poświęcoych niemieckiemu społeczeństwu, policji, oddziałom wojskowym, hitlerowskiej wierchuszce i ich roli z Holokauście, zostawiały coraz mniejszą przestrzeń da kolenych badań. Niektórzy zagraniczni historycy (wśród nich ja) próbowaliśmy przekonać naszych niemieckich kolegów, że Tätergeschichte nie tylko, że nie grozi odstawienie na boczny tor lecz, wręcz przeciwnie, przyszłość tych badań zapowiada się bardzo obiecująco. Rzecz w tym, że niemieccy historycy musieliby się pogodzić z tym, że jakaś część winy, odpowiedzialności za Zagładę zostałaby również złożona na barki innych sprawców, przedstawicieli innych nacji, którzy bez przymusu, często z ochotą, włączyli się w niemiecki plan ludobójstwa.

Sugestia aby rozszerzyć w ten sposób pole badawcze „historii sprawców” przyjęta została przez niemieckich historyków chłodno. Ta niechęć do rozwinięcia dyskusji wiązała się, jak sądzę, z dwoma problemami. Po pierwsze, badania tzw. „bystanders” – a do tej kategorii często zaliczamy ludność miejscową, która wzięła, na różne sposoby, udział w niemieckich akcjach wyniszczenia Żydów – nie wnoszą wiele nowego do naszej wiedzy o postawach Niemców i wobec tego nie są specjalnie atrakcyjne z punktu widzenia niemieckich historyków. Po drugie, jakakolwiek próba przesunięcia choćby najmniejszej części winy za ludobójstwo z Niemców na innych Europejczyków postrzegana jest w najlepszym wypadku jako rewizjonizm, a w najgorszym – coś, co może pociągnąć za sobą gwałtowny koniec kariery zawodowej. Jest to teren, na który niemieccy historycy panicznie boją się wchodzić.

Tych kilka lat temu, w Tutzing, nie zdawałem sobie sprawy z dalej sięgających konsekwencji tego zagadnienia. Wydawało mi się wówczas, że jeżeli pełni dobrej woli Niemcy są skłonni wziąć na siebie całą winę za Zagładę, to jest to ich słuszne prawo. Czasy jednak się zmieniły. W ciągu ostatniej dekady różne mniej lub bardziej demokratyczne władze, w różnych krajach, zaczęły energicznie pracować nad wytworzeniem własnej „narracji” historycznej na użytek wewnętrzny i dla publiki zagranicznej. Te „narracje” mają wspólny mianownik – wspierają przekonanie o własnej niewinności historycznej. Prymitywny negacjonizm Zagłady, plaga przeszłości, już nie jest w modzie. To, co uprawiają dziś władze polskie, węgierskie, ukraińskie czy litewskie (wyliczam tylko najbardziej aktywnych uczestników) nazywamy zniekształcaniem historii Zagłady (Holocaust distortion).

Komunikat jest jasny: owszem, Zagłada się wydarzyła, ale nasi ludzie nie mieli z tym nic wspólnego. Nieliczne jednostki, które przyłączyły się do niemieckich działań eksterminacyjnych, tym samym wykluczyły się z Volksgemeinschaft, czyli z narodowej wspólnoty Polaków, Litwinów czy też Węgrów. Dla państw, oraz dla instytucji, które zaangażowane są w tego rodzaju fałszowanie historii Zagłady, oraz dla prawicowych i nacjonalistycznych polityków, którzy to wszystko finansują i którzy wyznaczają kierunek ataku, niemieckie stanowisko jest niezwykle ważnym sprzymierzeńcem. W świetle „walki o pamięć”, która toczy się we Wschodniej Europie, niemiecka interpretacja historii stanowi bezpośrednie zagrożenie dla niezależnych badaczy, historyków, którzy coraz częściej stają się celem ataków państwa oraz sprzymierzonych z nim instytucji.

Tak długo, jak dyskusje o Zagładzie pozostawały w ramach dyskursu naukowego, nie miało to wiekszego znaczenia poza gmachami akademii. Ale z chwilą kiedy zaistniały w domenie publicznej jako quasi-oficjalne stanowisko rządu niemieckiego, sytuacja zmieniła się radykalnie. Od tej chwili trzeba się było jakoś do tej deklaracji odnieść.

Stosunkowo niedawno Prof. Andreas Wirsching, dyrektor monachijskiego Institut für Zeitgeschichte wespół z Heiko Maasem, ministrem spraw zagranicznych Niemiec, napisali artykuł pt. „Nie ma polityki bez historii”. Artykuł ukazał się w kilku językach i odnosił się do przypadająej w maju 75. rocznicy kapitulacji Niemiec i końca II Wojny Światowej. Jest on również doskonałym przykładem przedstawionego powyżej „niemieckiego problemu z historią”.

Najważniejsza (i najczęściej cytowana) część tekstu dotyka kwestii wyłącznej odpowiedzialności Niemców i Niemiec za Holokaust. Autorzy piszą: „…wyłącznie Niemcy ponoszą odpowiedzialność za zbrodnię przeciwko ludzkości, jaką był Holokaust. Kto rozsiewa co do tego wątpliwości, przypisując rolę sprawców także innym narodom, ten wyrządza krzywdę ofiarom. Instrumentalizuje historię i dzieli Europę”.

Profesorze Wirsching i Ministrze Maas, przy całym szacunku, jako Polak i jako professor historii Holokaustu, nie jestem w stanie się z Panami zgodzić. Jestem świadom, że Zagłada była niemieckim projektem i rozumiem, że obaj Panowie chcecie postąpić w sposób właściwy i godny. Jestem również świadom tego, że chcialiście panowie, przede wszystkim, ostrzec przed niebezpieczeństwem jakie stanowi radykalna niemiecka prawica (choć lepiej byłoby w takim wypadku, gdyby pod artykułem podpisał się minister spraw wewnętrznych niż zagranicznych). Choć rozumiem Panów motywy, to zdecydowanie nie zgadzam się z zaproponowanym rozwiązaniem.

Biorąc w pośpiechu całość winy za Holokaust na barki Niemców zdajecie się panowie zapominać, że historia żydowskiej katastrofy jest zagadnieniem dość skomplikowanym. Nie ulega najmniejszej wątpliwości (i podkreślam to po raz kolejny), że to właśnie Niemcy są odpowiedzialni za projekt ludobójstwa. Lecz musimy pamiętać, że projekt ten znalazł wielu wykonawców i podwykonawców we wszystkich krajach podbitej Europy. Wasza chęć wzięcia całej odpowiedzialności za Holokaust na siebie jest rzeczą szlachetną, lecz jeżeli chodzi o wymordowanie europejskich Żydów, to winy starczy naprawdę dla wszystkich. Próbując wziąć całą winę na siebie, pozbawiacie nas Polaków, nas Węgrów, nas Francuzów, nas – członków tak wielu innych narodów – naszego własnego prawa do godnej postawy i do wzięcia winy i odpowiedzialności za nasze własne trudne i dramatyczne dzieje.

Tak, nie ma wątpliwości, to wy, Niemcy, Wasi przodkowie, stworzyliście plan Zagłady i to wyście wprawili całą ludobójczą machinę w ruch. Co do tego nikt nie ma i nie może mieć wątpliwości. Ale czy wolno wam odmawiać nam, innym Europejczykom, prawa do rozliczenia się z własną przeszłością? Jako Polak mam prawo, nie – niech mi wolno będzie to inaczej ująć – mam obowiązek pamiętać o tych wszystkich polskich Żydach, którzy zostali obrabowani, zabici, wyciągnięci z kryjówek w likwidowanych gettach lub zapędzeni do pociągów śmierci przy współudziale moich rodaków. Jest naszym obowiązkiem, jako obywateli, jako ludzi, oddać się refleksji nad motywami tych, którzy włączyli się w niemiecki plan ludobójstwa niejednokrotnie bez przymusu czasem wręcz z entuzjazmem i ochotą. Chcę wierzyć, że Litwini chcieliby wziąć odpowiedzialność i winę za przerażające mordy dokonane przez ich rodaków na litewskich Żydach; Łotysze powinni wziąć na swoje barki winę za zbrodnicze oddziały mordujące Żydów, Ukraińcy powinni móc pamiętać o umundurowanych i nieumundurowanych tłumach, które wzięły udział w masowych mordach na ukraińskich Żydach, Holendrzy powinni wspominać własnych ochotników, którzy bezwzględnie tropili Żydów Amsterdamu i innych miast, Słowacy powinni przyznać się do Gwardii Hlinki i wspomnieć dziesiątki tysięcy słowackich Żydów wysłanych na śmierć do obozów zagłady, a Chorwaci (lista jest znacznie dłuższa) powinni też móc przyjąć na swoje barki jakąś część winy za Holokaust.

Saul Friedlaender, jeden z najznakomitszych badaczy Zagłady, napisał w swoim wybitnym dziele „Lata eksterminacji”: „ani jedna grupa społeczna, ani jedna wspólnota religijna, ani jedna instytucja naukowa lub zawodowa w Niemczech czy gdzie indziej w Europie nie wyraziła swojej solidarności z Żydami (niektóre kościoły chrześcijańskie oświadczyły, że do pewnego stopnia wychrzczeni Żydzi stanowili część wspólnoty); wręcz przeciwnie, wiele grup społecznych, wiele ugrupowań władzy bezpośrednio włączyło się w rabunek Żydów, licząc – choćby z chciwości – na ich całkowite wyniszczenie. W ten sposób hitlerowska polityka skierowana przeciwko Żydom mogła osiągnąć ekstremalne natężenie bez sprzeciwu ze strony innych czynników”. Nam, historykom, nie jest znane jakiekolwiek ludobójstwo w historii ludzkości, które udałoby się przeprowadzić bez jakiegoś udziału miejscowej ludności, bez sąsiadów.

Drogi profesorze Wirsching i drogi Ministrze Maas, nie odbierajcie nam prawa rozliczenia się z naszą własną przeszłością! W ostatnim akapicie piszecie panowie, że ktokolwiek nie zgadza się z Wami: „ten wyrządza krzywdę ofiarom. Instrumentalizuje historię i dzieli Europę”. Panowie, próbując w pośpiechu zachować się porządnie, czynicie coś wręcz przeciwnego. Po pierwsze, zniekształcacie historię Holokaustu, a po drugie, wspomagacie siły nacjonalizmu, obskuranctwa i dyskryminacji, wspomagacie ludzi, którzy dziś – jak Europa długa i szeroka – odmawiają rozliczenia się z własną przeszłością , którzy nie chcą wyciągnąć żadnych lekcji z historii. A to, niestety, jest ostatnią rzeczą, którą powinni robić Niemcy, którzy chcą się zachować porządnie i godnie. Jeżeli jest coś, czego Niemcom w żadnym wypadku nie wolno – bez względu na obecną lub przyszłą „raison d’état” (rację stanu) – to tym czymś jest zniekształcanie i tym samym fałszowanie historii Zagłady.

Jan Grabowski
2020 Distinguished Fellow, Institut für Zeitgeschichte, Munich
Professor/Professeur titulaire
Department of History/Département d’histoire
University of Ottawa/Université d’Ottawa

Artykuł ukazał się 22.06.2020 w dzienniku Haarec.