“The Spy” nie pozostawi widza obojętnym

“The Spy”
reż. Gideon Raff
scenariusz: Gideon Raff, Max Perry
zdjęcia: Itai Ne’eman
w roli głównej: Sacha Baron Cohen
Netflix 2019

Nie mogę przestać myśleć o tej historii. Choć sam serial nie jest (w ogólnym rozrachunku) szczególnie wybitny, to jednak zapada w pamięć i wzbudza emocje.

Według mnie są dwie przyczyny tego stanu rzeczy.

Po pierwsze Sacha Baron Cohen, któremu bardzo dobrze zrobiło odejście od znanego wszystkim kąśliwego, ironicznego emploi. I, choć podczas pierwszych chwil na ekranie czekałam tylko kiedy przeistoczy się w Alego G czy Borata, z każdą kolejną minutą stawał się on coraz bardziej wiarygodny jako Eli Cohen.

Po drugie – sama historia. Niewiarygodna, ale prawdziwa. Serial oparty na faktach, przypomina widzom postać wybitnego izraelskiego szpiega, Eliahu Ben Szaula Cohena, jednego z najskuteczniejszych w całej historii Mosadu. Eli Cohen, urodzony w Egipcie potomek syryjskich Żydów, wyemigrował do Izraela w latach 50. Zwerbowany do wywiadu, mógł pochwalić się zdolnościom językowym, matematycznymi, a także wyjątkową fotograficzną pamięcią, dobrze widzianą w tym fachu.

Po szkoleniu Cohen przyjął tożsamość zamieszkującego w Argentynie zamożnego biznesmena, Kamala Amina Taabeta i pojawił się w stolicy Syrii, Damaszku.

Świetnie prosperująca firma eksportująca meble i dywany była idealną przykrywką dla jego działań wywiadowczych. Szybko zdobył sympatię i popularność w kręgach elit, co dało mu szerokie spektrum działania, a także znajomości wśród wojskowych, polityków, prominentnych biznesmenów i sympatyków partii Baas. W gronie jego najbliższych znajomych znalazł się sam Hafiz al-Asad, późniejszy prezydent Syrii. Jak wielkim zaufaniem cieszył się Taabet może świadczyć choćby to, że rozważano powołanie go na stanowisko wiceministra obrony narodowej. Izraelskiego szpiega!

W każdym razie meldunki Cohena przyczyniły się w duży stopniu do określenia pozycji syryjskich na Wzgórzach Golan, a także miały wpływ na przygotowania do Wojny Sześciodniowej w 1967 roku.

Nie chcąc zdradzać pozostałych szczegółów z życia Eli Cohen,a odsyłam do obejrzenia mini serialu, który zamyka się w zaledwie sześciu odcinkach.

Bardzo to dobra alternatywa dla wielosezonowych cyklów filmowych, które z każdym kolejnym setem stają się coraz bardziej desperackie. Tutaj, zamknięta w tych kilku odcinkach fabuła nie męczy, jest skondensowana i wartka, bez zbędnych dłużyzn i przegadania. Z drugiej strony takie rozwiązanie wymusza pewne skróty myślowe, logiczne ekwilibrystyki, jednak da się to przełknąć bez większych problemów.

Z całą pewnością może przeszkadzać za to podejście do postaci głównego bohatera. Scenarzyści odnieśli się doń w sposób panegiryczny, laurkowy, całkowicie bezkrytyczny. Trudno szukać wad u Eli Cohena. W odsłonie duetu Raff/Perry jest on nieskalany, a przez to trochę jednak nierzeczywisty. Człowiek bez wad budzi niepokój i nieufność. Zrzucę ten błąd na karb rozmiarów fabuły, widać, że słabości bohatera i jego rysy charakterologiczne już się nie zmieściły w czasie odcinkowym.

Jednak w chwilach takiego oto zwątpienia i czepialstwa z odsieczą przychodzi Sacha Baron Cohen, którego wspomniana na samym początku gra aktorska zaskakuje i wciąga.

Jest ona bardzo oszczędna, lakoniczna, czasem przyprawiona delikatnym półuśmiechem spod wąsa, innym razem wydłużonym spojrzeniem, co działa na korzyść tej aktorskiej kreacji, czyni ją wyważoną, przemyślaną, uwydatnioną. Być może to wina ograniczonego warsztatu aktorskiego, może to celowy zabieg, nie wiem. Ważne, że działa.

Dużą rolę w pozyskaniu sympatii widza ma skupienie wątków również na życiu prywatnym bohatera – jego dylematy rodzinne, oddanie żonie i zwyczajna miłość zjednują przychylność i względy publiki. Ckliwe, ale skuteczne.

“The Spy” jest więc bardziej dramatem opowiadającym o człowieku zmuszonym do wybierania pomiędzy obowiązkiem wobec ojczyzny a rodziną, aniżeli opowieścią szpiegowską. Mniej tutaj skomplikowanych akcji wywiadowczych, więcej zaś emocji i życiowych poruszeń.

Dyskusyjne są niektóre wybory głównego bohatera, które wskazują na swego rodzaju ekstremizm, każący mu zatracać się w służbie Izraelowi. Stawia na szali swój los, byt swojej rodziny, wydaje się być zaślepiony i fanatyczny w swoich decyzjach.

Warte podkreślenia są role drugoplanowe Hadar Ratzon Rotem, wcielającej się w postać Nadii Cohen, żony głównego bohatera, a także Noah Emmericha, grającego szefa Eliego – Dana Pelega. Obie postaci mają tragiczny wymiar – żona, starająca się pogodzić pracę z samotnym wychowaniem dzieci, a także dowódca, czujący odpowiedzialność za los swego agenta oraz jego rodziny.

Według mnie brakuje tutaj silniejszego zaakcentowania wątków związanych z pracą szpiega, kuchnią jego działań, warto było też podkreślić geopolitykę regionu czy wyścig, walkę poszczególnych wywiadów.

Nie przemawia do mnie tani sentymentalizm pod postacią fragmentów listów wyświetlanych obok piszących je bohaterów czy kabotyńskie zabiegi podkręcone muzyką, jak choćby w scenie orgii zestawionej z rebelią.

Można szukać kolejnych mielizn fabularnych czy realizacyjnych, ale te wydają się najbardziej jaskrawe.

Na koniec warto wspomnieć o walorach wizualnych, które w serialu Netflixa bardzo się wyróżniają. Chodzi mi przede wszystkim o filtry, jakie nałożono na obraz: zgaszone brązy, czasem czerń i biel, innym razem sepia, powrót do jaskrawości – wszystko w zależności od miejsca i czasu akcji, którą w danym momencie oglądamy.

Z przyjemnością patrzy się także na przedmioty z epoki, starannie dobrane kostiumy, dodatki, całe scenografie i aranżacje pomieszczeń. Pieczołowitość z jaką odtworzono wnętrza, stroje jest bardzo przyjemnym doznaniem, działającym na korzyść całego przedsięwzięcia.

I, choć sam serial nie zrewolucjonizuje świata, nie nada mu nowego tonu, to jest źródłem mocnych wrażeń i emocji, które im bliżej końca tym stają się intensywniejsze i wyraźniejsze.

Siłą “The Spy” jest bohater i jego historia, aktor i jego przemiana, strona optyczna, wzrokowa i jej elementy.

Ta opowieść zostaje w widzu, działa na emocje, prowokuje do rozmów, rozmyślań. Niektórych wzruszy, innych zdenerwuje (mnie na przykład), ale nie pozostawi widza obojętnym, a to najważniejsze. I tu, na tym właśnie polu, wygrywa “The Spy”.

PS. Znalazłam informację o innym serialu traktującym o życiu Eliego Cohena, to “The Impossible Spy” z 1987 roku z Johnem Shea w roli głównej.

Katarzyna Batarowska