Tęsknota za Stramerami

Całkiem niedawno pismo “Książki. Magazyn do czytania” ogłosiło, że “Stramer” jest według redakcji najlepszą książką mijającego roku. Nie kryję zaskoczenia, mam inne typy, jednak w pełni doceniam pracę i kunszt autora.

Po pierwsze: kompletne oderwanie od dat. U Łozińskiego liczą się zdarzenia i ludzie, chronologia i reżim czasowy pozostają w cudownym niebycie, przez co na pierwszy plan wybijają się relacje i więzy międzyludzkie. O porządku historycznym, wynikającym z kolejności zdarzeń i ich umiejscowieniu w konkretnym historycznym odniesieniu dowiadujemy się przy okazji, bez zbędnego szumu czy nadawania rangi.

Doskonały zabieg, który podkreśla ważność bohaterów, osnuwając czas mgłą nieważności. Płynne przejścia z początku XX wieku w burzliwe lata chwilę przed II wojną aż do jej uporczywego trwania są niezłym ubarwieniem opowieści, jej dużym urozmaiceniem. Z drugiej strony może to być dla niektórych czytelników pułapka – bez uważnego czytania i kojarzenia faktów, bez dat można popaść w konsternację.

Po drugie: rozmach. Łoziński (który, jak sam przyznaje, pracował nad książką około ośmiu lat) przedstawia panoramę rodzimy Stramerów na tle najważniejszych wydarzeń początku XX wieku, podając czytelnikom interesujące informacje z życia ówczesnego Tarnowa, ale nie tylko Tarnowa. W książce mamy też Nowy Jork, Kraków, a także hiszpańską wojnę domową i Francję po drodze. Stramerowie rozjeżdżając się po świecie, wciągają czytelnika w historię i codzienność poszczególnych miejsc, wyżej wspomnianych.

Jednak nie to jest najważniejsze. Dla mnie najistotniejsza w tej książce jest rodzina: Natan i Rywka Stramerowie, a także ich sześcioro dzieci. Każde z nich próbuje znaleźć sobie miejsce w świecie. Natan wraca dla Rywki z Nowego Jorku, i choć tęsknota za wielkim miastem jest nieznośna i bolesna (na systematyczne ataki tęsknoty żona mówiła “katar żołądka”), to Natan próbuje wciąż odnaleźć swoją rolę w tarnowskim świecie, a jest w tych próbach nieustępliwy. Podobnie jest z ich dziećmi: jedne uczą się i uciekają do większych miast, inne sympatyzują lub oddają się idei komunizmu, co sprowadza na nie różnej maści problemy. Każde z szóstki dzieci Rywki i Natana to indywidualność i odrębny pomysł na życie. W każdym przypadku bardzo interesujący. Łoziński w tworzeniu postaci i ich historii stroni jednak od szalonych emocji i wielkich namiętności. Opowieść jest stonowana, prowadzona wyciszonym, skromnym tonem. Tak jakby to miała być zwykła gawęda o zwykłym życiu zwykłych ludzi.

Co ważne, nie jest to książka o Holokauście. Choć finał powieści ulokowany jest w czasach II wojny światowej, to nie jest to wiodąca wartość. Autor próbuje przede wszystkim odtworzyć przedwojenny świat – przykuwający uwagę, intrygujący, pełen przeciwności i komplikacji, a jednak niezwykle atrakcyjny dla dzisiejszego czytelnika. Z topografią nieistniejących już ulic i adresów. Ta pustka i nieobecność miejsc i ludzi jest dla czytelnika silnie odczuwalna.

Czytając o perypetiach życiowych kolejnych członków rodziny Stramerów łatwo poczuć do nich sympatię, w niektórych przypadkach wręcz słabość. Towarzyszymy im w każdym ważnym momencie życia: od kończenia szkół po pierwsze zawodowe wyzwania i ulotne miłości. I nasze przywiązanie i radość z obcowania z bohaterami (solidnie zresztą skonstruowanymi) jest jednak niepełna, bo z historii wiemy, jak kończy się świat tarnowskich Żydów.

Na koniec zostaje pusta i zaduma, i tęsknota za Stramerami, którzy jako symbol tych, którzy zginęli, zostaną w pamięci czytelnika na długo.

Mikołaj Łoziński, “Stramer”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Katarzyna Batarowska