“Jest w osobie Zuzanny Ginczanki coś nieodgadnionego…”

Myśli masa/ W głowie hasa/ wtórnym tanem/ rozyoyanym-/ galopada-/ w górę-/ w dół ten fragment wiersza „Myśli zayoyane” Zuzanny Ginczanki, który napisała jako nastoletnia uczennica bardzo dobrze oddaje uczucia towarzyszące poznawaniu poetki. Jej bogatego życia, pomimo tego, że trwało zaledwie dwadzieścia siedem lat, i przez wojenne zawirowania trudnego do poznania. Bo Ginczanki było wszędzie pełno – myśli masa – a jednocześnie nigdzie nie ma jej śladu – galopada/ w górę-/ w dół. Każdemu z nas wydaje się, że kiedyś gdzieś z Ginczanką się spotkał, a kiedy przychodzi do napisania kilku zdań o jej twórczości mało kto to potrafi. Moje pierwsze spotkanie z Zuzanną Ginczanką miało miejsce gdzieś na łamach Iskier, albo Szpilek (tych drugich pewnie, bo do Iskier Ginczanka nie pisała), kiedy jako kilkulatka, wśród kaempikowskiej prasy, gdzie dawniej chodziłam z mamą ją poczytać mogłam natknąć się na jakiś pyszny fragmencik wiersza. Pewnie byłam wtedy młodsza od Jarosława Mikołajewskiego, który o Zuzannie Ginczance dowiedział się od swojej polonistki w liceum i było to poznanie świadome, a nie przypadkowe jak moje. Jakże dobrze się stało, że to wówczas została Ginczanka dla Mikołajewskiego jego senhal, że od tej klasy licealnej słowo to stało się dla niego synonimem Ginczanki, „znakiem wodnym”, „hasłem do życia”. Jego amor i pietas. Jak w tym wierszu Ginczanki „Egzotyka miłości”, w którym napisze ona Wszystko jedno, jak ciebie nazwę:/ każdej nazwie mej będziesz rad-/ zabłąkanie zdarło się z pasmem,/ gdy dojrzałam twój pierwszy ślad/ i już poszłam: dobrze, na oślep/ (…)/ dobrą wiedzą wiódł mnie miłośnie/ ślad głęboki,/ ślad słowo.

Trwała tak ta pasja u Mikołajewskiego, obrastając we fragmenty, cytaty, filmy pisane wyobraźnią podsycaną słowem, ze słów przebranych, czasem dopasowanych, świadomie nieprawdziwych, ale pięknych. Aż, wbrew sobie przelał to na papier, niepewny swoich działań, mimo że w liście do Silvano de Fanti napisał, że po Kiec i Araszkiewicz już niczego o Ginczance nie wymyśli. Zrobił więcej – opisał nie tylko Ginczankę, ale i jej cień.

Jakiż to przedziwny zbieg losu, że książka, w której zasadność istnienia wątpił sam autor „Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki” i antologia „Zuzanna Ginczanka. Poezje zebrane (1931-1944)” z obszernym wstępem i analizą wierszy Izoldy Kiec ukazały się w tym samym czasie. Jednak to antologia tchnie pewnością i masą faktów, a poezją są w niej wiersze, natomiast książka Mikołajewskiego cała jest poetycka, choć o ironio niewiele w niej wierszy.

Nie powstałam z prochu,/ nie obrócę się w proch

Jaka była Zuzanna Ginczanka? Choć Jarosław Mikołajewski pisze, że nie cierpi mówić o jej pięknie, to każdy z kim rozmawiał, kogo słów by nie przytaczał zwykle zaczynał rozmowę od jej piękna. Nie cierpię więc mówienia o jej pięknie – napisze w jednym z listów do Silvano, dalej doda – jest to piękno przyszpilone na zdjęciu i zamordowane.

Wychowana przez Babkę Klarę Sandberg, nad składem aptecznym w Równem, w domu, w którym mówiło się po rosyjsku, i gdzie każda godzina życia miała ciężki zamek, pisała swoje wiersze, kontrastujące z ciężkim otaczającym ją światem. Po spotkaniu w tym domu poeta Jan Śpiewak napisze o Ginczance, że w otoczeniu nieruchomych i ciężkich mebli, nie odcinała się od ogólnego tła mieszkania. Tęskniła być może już wówczas za matką Cecylią, która porzucając jej ojca, lub będąc porzuconą przez tego lekkoducha, po którym mogłyby zostać filmowe afisze, gdyby tylko były prawdziwe, te erzace miłości ojcowskiej uciekła do Pampeluny. Po matce dotarła, o wiele za późno dla Ginczanki złota spinka do krawata i listy, z Pampeluny, w których ta nawołuje Zuzannę do ucieczki z Polski. To była ta matczyna troska, podobnie jak to, że jako pierwsza zadbała o poetycką karierę córki, zgłaszając Zuzannę na konkurs u Juliana Tuwima. Później, jak pisze Izolda Kiec Ginczanka nie przestanie szczycić się tym, że wówczas jej wiersz otrzymał wyróżnienie, dzięki któremu mogła spotkać się z poetą. Echa tej fascynacji będą już zawsze odbijać się w jej wierszach jeszcze długo.

Smukła, wysoka dziewczyna – to może być wyobrażony opis autorstwa Izoldy Kiec, poparty pewnie kilkoma fotografiami poetki, ale są też te, od osób których oczy widziały Ginczankę na żywo, a które Jarosław Mikołajewski chciałby całować, tylko dlatego, że ją widziały. A jak ją widziały – piękną i uroczą, z sarnimi oczami. W wierszu „Canticum canticorum” o tych oczach Ginczanka napisze Oczy płonące chowam/ W rzęs cyprysowy las,/ Jako sadzawki w Hazebon. Te oczy – one są jakby osobnym bytem u Ginczanki, i mitem obrosłym w różne wersje – ciemne i jasne, niebieskie jedno i zielone drugie. Tuwim, który kochał się pewnie w bezkresie oczu Ginczanki powiedział o nich „jak piwo jasne i ciemne”. Po latach to samo piwo wspomni pani Ludmiła, którą Zuzanna zwała przyjaciółką, bo podobno wielu tak nazywała. Pewnie każdy z opisujących te nieoczywiste oczy chciałby, aby jego wersja pamięci była tą prawdziwą.

Na piękno Ginczanki nie był też obojętny Michał Weinzeher, krakowski historyk sztuki, dużo starszy i dużo inny od poetki. O tym małżeństwie – przemilczanym przez samą Ginczankę – mówiono „dziwne”. I rzeczywiście dziwnie żyło tych dwoje – razem, ale osobno, jakby bez wzruszeń, które pewnie odebrała im wojna. Ale może to Weinzeherowi dedykuje wiersz „Waga”, w którym miłość stawia na szalach?

Z oszałamiającą urodą poetki szła w parze inteligencja i dowcip. Można to zauważyć już od pierwszych jej wierszy, które ukazywały się w „Echach szkolnych”, miesięczniku tworzonym przez uczniów Gimnazjum w Równem, do którego uczęszczała Zuzanna Ginczanka. Naczelnym redaktorem pisma był Czesław Janczarski, tak, ten od Misia Uszatka, ale nim go wymyślił wydrukował w październiku 1931 roku debiut pięcioklasistki Zuzanny Gincburg, podpisującej się pseudonimem Gincburżanka. Była to „Uczta wakacyjna”, dla której talerzem stała się ziemia, malowana w zieleń trawy, a misą nocne chwil kryształy.

Poza pseudonimem Gincburżanka w „Echach szkolnych” wiersze Ginczanki będą pojawiać się podpisane Sonny Girl i Suzy Gin-yoyanka. O zamiłowaniu Zuzanny Gincburg do gry słów niech poświadczy jej wiersz wydrukowany rok po debiucie pod tytułem „Myśli zayoyane”, którego fragment rozpoczyna powyższy tekst. Grę słów w wierszach poetki wyczytamy jeszcze wielokrotnie, a słowotwórstwo stanie się charakterystyczne dla jej wierszy. Prześnić, pozawczoraj czy hałaśna radość to tylko niektóre z przykładów plastyczności języka twórczości Ginczanki, a lista jest wiele dłuższa. Zabawne i twórcze pisanie Ginczanki, o którym w posłowiu do „Wniebowstąpienia Ziemi” Tadeusz Dąbrowski napisze, że jest szalone, można przypisać jej lekkości tworzenia, zważając choćby na fakt, że mimo niedługiego życia i kolei losów (też wierszy) pozostawiła ich niemało. A tego, jak łatwo przychodziło Zuzannie Ginczance, już w młodym wieku pisanie niech potwierdzeniem będą słowa wiersza „Styczniowe porównania”, w którym przeczytamy o gonitwie myśli, wierszu i mocy niespodzianek na kartce już po godzinie.

Jakże inaczej wiersze młodej poetki wspomina przyjaciel Jan Śpiewak, pisząc o nich, że są gorące od seksu, od którego [Ginczanka] nie może się uwolnić; przez co są prawdziwe, nie zatracają sztuczną konwencją literacką. Jednocześnie – pisze dalej Śpiewak – przychodzi wczesna zaduma nad światem, nadciągają refleksje. Być może były to wrażenia z lektury wiersza „Kobieta” z 1933 roku, kiedy Ginczanka ma zaledwie szesnaście lat i pisze Szukam w myśli warg męskich,/ by ramion go skuć oplotem – to wiersz „Kobieta”, i niewiele więcej gdy zapisuje w wierszu „Przemiany” słowa z mieszaniny pierwiastków – / stałam się ścisłym związkiem. Te słowa mogą w jakiś sposób przewartościować dotychczas budowany obraz poetki, ale musimy pamiętać, że jest ona wówczas w głębokiej fazie rozkwitu, a do tego, jakby na usprawiedliwienie tych nastoletnich emocji w znowu we wspomnianym już wierszu „Kobieta” zapisuje a teraz zaciśnij usta i chłodno, twardo mnie potęp, co może sugerować powściągane emocje.

Uważny czytelnik natomiast odnajdzie między wersami wierszy Zuzanny też przebłyski emancypacji i ledwie dostrzegalnego dystansu do kobiet („Do zazdrosnej”, „Do pani, o której źle mówię”). To drugie było pewnie pokłosiem zniewalającej urody poetki, która przez to naznaczenie pięknem mogła nie być szczególnie lubianą przez kobiety. Z drugiej strony, jakby w kontrze mamy wiersze, w których poetka słowami we dnie chcę głód rozbudzać ręki cielistym dotykiem nawołuje kobiety do porzucenia przypisanej im roli i do przełamania milczenia o swojej kobiecości, tworząc z nimi jedność. Być może feminizm zrodził się u Ginczanki z poczucia odrzucania jej z kultury?

Nie była typem kokietującym, raczej walczącym, choć subtelnym. Przesiąknięta duchem Skamandrytów, przesiadując w towarzystwie Tuwima, Leśmiana czy Lechonia, jako jedna z niewielu kobiet wówczas, które miały dostęp do tych męskich rozmów przesiąkała duchem skamandryckim, przelewając go do swoich wierszy.

Poza tymi kobietami, które być może niewinnie zazdrościły trochę Zuzannie Ginczance urody była ta, przez którą poetka musiała uciekać ze Lwowa. Chominowa, dozorczyni na ulicy Jabłonowskich, której antysemickie przekonania nie pozwoliły dać szansy drugiemu człowiekowi. Jednak nim Chominowa odczłowieczyła się zupełnie, Zuzanna Ginczanka nakreśliła ją swoim piórem, kolejny raz udowadniając zdolność widzenia tego, co jeszcze nieznane i niedokonane Tak powstał jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni wiersz „non omnis moriar”, w którym czytamy Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla/ Donosicielko chyża, matko folksdojczera. Słowa te brzmią niczym głos zza świata, jak ta ręka, o której Mikołajewski napisze, że stamtąd już przeniknąć nie może. A jednocześnie stały się przerażającym przewidztwem, którego powtarzalność w wierszach poetki warto zaznaczyć.

Nie odrąbię się od siebie całym światem

W swoich wierszach poetka sięga często do odniesień biblijnych i mitologicznych. Jej jedyny tom wierszy „O centaurach” jest tego najlepszym przykładem. To w nim odnajdziemy tytułowego Centaura i łąki mitologii, genezis w „Procesie”, a boga Atlasa w „Mitologii radosnej”. W wierszu zatytułowanym „Treść”, jakby to On miał być treścią ludzkiego życia odnajdujemy samego Stwórcę, tego samego, w którego serce, sercem własnym jak gotykiem wkuć się chce Ginczanka w wierszu „Miłość”. Wyraźnie więc zaznacza się w twórczości Ginczanki sprzęgnięcie tych dwóch boskich światów – biblijnego i mitologicznego. A w jej uwielbieniu pół ludzi pół koni – boskich Centaurów – podziw dla siły, którą sama posiada, i skrycie trzyma w kruchych tkankach swojego ciała, i hellenistyczne wyrażenie cierpienia w boskiej sile nadistot. Cały tom „O Centaurach” zdaje się być lawą, znojem walki, ciężką pracą, wreszcie przewidzeniem potoków krwi i oddanych tchnień. To w wierszach „Agonia”, czy „Koniec świata” Ginczanka kreśli przyszłość, czasem pewnie opierając się o echa, które do niej docierają, innym razem przerażająco przewidując, jak we wspomnianym wierszu Kreślą się żółte gwiazdy/ sentymentalną lirą -/ Artemis biała i smukła/ w księżyca przegląda się lustrze -/ taki już gwiezdnych przeznaczeń/ tajemnie zapadł wyrok;/ nic cię nie może zbawić,/ nic cię nie może ustrzec. Ale kreślenie przyszłości przez poetkę bywało też czasem zabawne, jak w wierszu „Rozmówka o przyszłości”, którego pyszny fragment przytoczmy na dowód, że Ginczanka bywała żartobliwa, może starająca się rozproszyć ciemne chmury niepokojących nastrojów – za jakieś trzysta, czterysta lat/ zmieni się, moja paniusiu, świat, -/ córeczki wydasz, paniusiu, za mąż,/ dziatki się będą chować na grzędzie.

Jakby w kontrze, czytany z perspektywy wydarzeń, jakie były udziałem poetki uderzającym wydaje się wiersz „Nad mapą”, w którego słowach Nie boję się ogromu świata, może na przekór zgasła umiejętność przewidywania Ginczanki. Być może faktycznie wtedy jeszcze się nie bała, bo później, kiedy żyła w ciągłej pogoni za własnym cieniem, polubiła spanie w wannie, napisała w innym wierszu pasłam braciom swym trzody/ W słoneczny skwar-/ dlatego jestem śniada, samą siebie wskazując. Bo jej wygląd choć był bezsprzecznie obezwładniający, był też „zły” – to on sprawił, że żyła w poczuciu permanentnego lęku o własne życie, w ciągłej ucieczce, w drżeniu serca umykającej zwierzyny. Jakby z sympatii do poetki jej znajomi mawiali, że „raczej Cyganka” była, niż w „typie żydowskim”. I ona sama przeraźliwie krzyczała u końca swojej drogi, że Żydówką nie jest. Ona, która nie bała się prawdy. To z Mikołajskiej 26, gdzie pod krakowskim adresem mieszkała Ginczanka – „czwarty, a może piąty dom po prawej stronie, idąc od Plant w stronę Rynku”, poleconym przez znajomych, nieświadomych tego, że w niedalekiej przyszłości skażą ją tym samym na śmierć – gestapo wyprowadziło poetkę, ciągnąc ją za lśniące jesiennym winem warkocze na spotkanie z kulami, które zakończyły jej młode życie. Jak zauważa Jarosław Mikołajewski te włosy Ginczanki stały się jej losem, odbitymi wielokrotnie przez Krystynę Piotrowską na kameralnej wystawie „Tylko szczęście” artystka ubiera Zuzannę w koronę. Z tych włosów nieszczęsnych, które póki żywe były winne, rubinem wina, winą krwi. Mikołajewski napisze jeszcze o nich ich czerwień i gęstość jest – czuję to – mokra, jest krzewiasta cmentarnie, śmiertelnie, lecz także czerwona jaskrawością szminki, ożywcza przez barwę, której jak żywe słowo udziela ustom poetki.

Jest w osobie Zuzanny Ginczanki coś nieodgadnionego, i nie jest tak za sprawą jej krótkiego życia, którego dowody zatarł wojenny kurz. Tajemniczość Ginczanki wynikała z jej osobowości – z tego cienia, którym była dla świata oddając całą swą materię poezji, i w poezję się przeistaczając. Kim jesteś Zuzanno napisał Jarosław Mikołajewski kiedyś odruchowym przypadkiem i w pytaniu tym jest ból niepoznania i poznania jednocześnie – bo teraźniejszość pytania sprawia, że osoba, której szukamy nadal żyje. Nawet jeśli nie ma jej już nami. Kim zatem jest i w czym jeszcze się ukrywa Zuzanna Ginczanka?

W powyższym tekście pominęłam wiele kwestii, jakie Zuzanna Ginczanka poruszała w swoich wierszach. Tematów istotnych dla ówczesnych czasów, i jak na Ginczankę przystało przewidujących – a co za tym idzie aktualnych i dziś. Nie wspomniałam także wielu wierszy, które wniosłyby powiew świeżości, ale nie sposób zmieścić wszystko w jednym, pisanym porywem serca i natchnionym wnikliwą lekturą wierszy poetki artykule, który nie aspiruje ani do analizy twórczości poetki, ani też nie recenzuje książek, do których można odnaleźć w nim nawiązania. Jest natomiast próbą ocieplenia, nie tyle wizerunku poetki, bo tego bardziej nie można zrobić, ile samej poezji, ciągle tak niedocenianej. Dlatego też myślę, z powodów wymienionych w powyższym akapicie, czyli tego, co pominięte – choćby serii wierszy inspirowanych zbiorem opowiadań zafascynowanego kulturą japońską irlandzkiego pisarza Lafcadio Hearn’a „Bajki chińskie”, czy odkrytym stosunkowo niedawno poemacie o tym samym tytule inspirowanym starotestamentową „Pieśnią nad Pieśniami”, że warto zagłębić się w twórczość Zuzanny Ginczanki i czytać poezję. Powiedzenia „między wierszami” czyli odnajdywania nieoczywistego nie ukuto bezcelowo, tam naprawdę jest wiele napisane. Trzeba tylko zajrzeć.

Ilustracje do tekstu zaczerpnęłam z wystawy Anny Wysockiej „Ogniem wypalone. Popiołem zapisane”. Prace te, powstałe w znoju ciężkiej pracy, jaką jest spawanie krwawiącego żelaza, będące uosobieniem uciekającej zwierzyny i wreszcie ukrzyżowanego ciała, rozdartego w bólu stanowią idealne tło dla wierszy Zuzanny Ginczanki, przy czym tło w przypadku prac Anny Wysockiej nie jest najlepszych określeniem. To raczej prace i wiersze poetki przeplatające się ze sobą formy i treści, jedne stanowią wyraz drugich.

Monika Mellerowska

Cytaty pochodzą z:

Zuzanna Ginczanka. Poezje zebrane (1931-1944), Izolda Kiec, Marginesy, 2019

Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki, Jarosław Mikołajewski, Dowody na istnienie, 2019

Wniebowstąpienie ziemi, Zuzanna Ginczanka, red. Tadeusz Dąbrowski, Biuro literackie, 2013

Ilustracje:

Muzeum im. ks. Dr W. Łęgi w Grudziądzu, Ogniem wypalone. Popiołem zapisane. 20-lecie pracy twórczej Anny Wysockiej.