“Dolina łez” – izraelski serial wojenny bez superbohaterów

Serial "Dolina łez", HBO

Izraelski serial “Dolina łez” pokazuje, że wojny nie są tak proste, jak nam się czasem wydaje oraz że politycy kłamią niezależnie od szerokości geograficznej.

Wojna Jom Kipur wybuchła w październiku 1973 r. Siły Syrii i Egiptu zaatakowały Izrael w czasie żydowskiego święta Jom Kipur – zwanego też Sądnym Dniem, a będącego jednym z najważniejszych świąt religijnych, kończącym 10 dni pokuty. Syryjczycy i Egipcjanie weszli na półwysep Synaj i Wzgórza Golan. Ich ataku nikt w Izraelu się nie spodziewał, pewnie dlatego początkowo wojsko nie radziło sobie z jego odparciem. Po kilku dniach Izraelczykom udało się zdobyć przewagę, a po 20 dniach doszło do zawieszenia broni.

“Dolina łez” patrzy na tamte wydarzenia z dystansu. Wciąż bliskiego, bo działo się to na tyle niedawno, że wielu Izraelczyków doskonale tę wojnę pamięta. Żołnierze stacjonujący na granicach udali się wtedy na świąteczny urlop, odwiedzali swoje rodziny, narzeczone. Uspokajali ich politycy, którzy najpierw zapewniali, że żadnej wojny nie będzie, a potem, że Izrael świetnie sobie z nią radzi. Obie informacje były fałszywe. Zaskoczeni żołnierze byli dziesiątkowani przez wojska nieprzyjaciela.

Filmy wojenne mają to do siebie, że główny bohater jest zwykle niezniszczalnym herosem, którego nie imają się kule. Niezależnie od tego, w jakie tarapaty wpadnie, zawsze znajdzie wyjście z sytuacji, a na końcu pocałuje swoją dziewczynę, do której wróci z wojennej potyczki. “Dolina łez” została nakręcona na przekór tym zasadom. Pokazuje wojnę z całą jej brzydotą urwanych kończyn, lejącej się krwi i nagłej śmierci. Bo zginąć można w każdej chwili, co zresztą się w tym serialu dzieje. Przyzwyczajamy się do postaci, które za chwilę giną. To może wpędzać w przygnębienie, ale z drugiej strony odziera wojnę z jej romantyczności wmawianej nam w innych filmach.

Izraelski serial pokazuje też nierówności w tamtejszym społeczeństwie – do armii idą wszyscy, ale nie każdy ma tam tyle samo do powiedzenia, a dyskryminacja jest powszechna nie tylko w wojsku, ale i na izraelskich ulicach. Pochodzenie, język, status społeczny – to wszystko wpływało na sytuację poszczególnych obywateli. To dobrze, że sami potrafią o tym mówić i zwracać uwagę na własne błędy, których zresztą nie udało się do dziś naprawić. Izraelskie państwo potrzebuje pokoju, ale też równości dla wszystkich jego mieszkańców. Zwłaszcza, jeśli sami o ten pokój zabiegają.

„Dolina łez” ma swoje wady. Ostatnia scena serialu, ta, która następuje po napisach końcowych, jest moim zdaniem niepotrzebna. Ale nie zmienia to faktu, że ogólna wymowa serii niesie jednak ważne przesłanie. Niby wszyscy wiemy, że wojna jest zła, ale nie każdy chce przyznać, że w jego armii panuje bałagan, chaos i nikt nie ma pojęcia co robić w czasie kryzysu. Tutaj nie ma superbohaterów. Są zwykli ludzie, których postawiono w trudnej sytuacji. Znają swoje obowiązki i starają się je wypełnić, chociaż to oznacza dokonywanie dramatycznych wyborów. I to właśnie ci pojedynczy ludzie mają szansę uratować swój kraj, swoje miasto, swoją rodzinę. A nie dowódca, czy tym bardziej polityk. Ich poświęcenie jest ogromne, a cierpienie niewyobrażalne. Oglądając ten serial pozostaje mieć nadzieję, że my sami nigdy nie staniemy w podobnej sytuacji.

„Dolina łez”, reż. Yaron Zilberman, 2020 HBO

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!

About the Author

Katarzyna Grabowska
Dziennikarka zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów. Redaktor naczelna Jewish.pl. Doktor historii. Autorka książki "Polak nierdzennie polski" (2020), redaktorka wspomnień Simche Polakiewicza "W cieniu Treblinki" (2023).