Dziennikarze na językach (obcych) osób związanych z PiS

Można odnieść wrażenie, że obecna władza wyspecjalizowała się w „nielubieniu”, a już szczególnie nie lubi dwóch rzeczy – ludzi znających języki obce oraz dziennikarzy. Połączenie tych cech, czyli polski dziennikarz piszący po angielsku lub francusku w zagranicznej gazecie, bez akceptacji ze strony władzy, to w oczach rządzących najgorsze, co może się przytrafić. Nie łatwo jest w tej sytuacji pisać o sprawach polsko-żydowskich, bo przedstawianie przejawów antysemityzmu od razu określane jest mianem „antypolonizmu”. Kiedy moje artykuły pojawiają się w JTA, „Jerusalem Post”, czy „Haarecu” budzi to niechęć osób bliskich obecnej władzy.

Gdy dziennikarka Maria Wilczek napisała do „The Times” o problemach, jakie w związku z popularnością piosenki Kazika nastąpiły w radiowej Trójce, serwis wPolityce wytknął jej, że jest Polką. Miało to zapewne oznaczać coś co najmniej nagannego, nie jest tylko jasne z jakiego powodu. Czy Polacy nie mogą pisać po angielsku? Nie powinni znać języków obcych? Nie mają prawa publikować w zagranicznej prasie? Na żadne z tych pytań nie znajduję sensownej odpowiedzi.

O sprawie radiowej Trójki artykuł – tym razem po francusku dla „Le Monde” – napisał też Jakub Iwaniuk. W tej sprawie zareagował sam Witold Waszczykowski, były szef polskiego MSZ, który powinien wiedzieć, jak ważna jest znajomość języków obcych oraz cenić umiejętność rodaków do zaistnienia zagranicą. Tymczasem Waszczykowski uznał, że polskie autorstwo tekstu to „manipulacja” oraz „donos i kalanie własnego kraju”. A niby dlaczego? Przecież jeśli nie opiszemy złego czynu, nie potępimy go, to tak, jakbyśmy stanęli po stronie jego sprawców. Nie możemy udawać, że złe rzeczy nie dzieją się w Polsce.

Politycy chcieliby, by pisać o nich wyłącznie dobrze. Nic prostszego – niech w takim razie robią wyłącznie dobre rzeczy. Jeśli postępują źle, nieetycznie, łamią prawa człowieka lub nastają na wolność słowa, to rolą dziennikarza (nie mediaworkera z prorządowych pism czy stacji) jest te sprawy ujawniać. Obowiązkiem dziennikarzy jest informować, a prawem społeczeństwa jest wiedzieć. Bez tego nie ma mowy o demokracji.

Polska Fundacja Narodowa od kilku miesięcy co jakiś czas publikuje w zagranicznych mediach w zagranicznych językach artykuły polskich polityków, w tym Andrzeja Dudy i Mateusza Morawieckiego, lub przyjaznych im osób. Robi to, wykupując miejsce na reklamy i ogłoszenia płatne. Ile za to płaci, nie wiadomo. Wiadomo, że poważnym autorom za teksty się płaci. Niepoważni autorzy za publikację swoich tekstów muszą płacić sami. Za druk wynurzeń polityków PiS płacimy my wszyscy, polscy podatnicy. Jaki to ma oddźwięk, też nie bardzo jest jasne, bo odnoszę wrażenie, że nikt poza obserwującymi profile PFN w mediach społecznościowych nie bardzo zwraca na te teksty uwagę.

Dlaczego wPolityce nie potępia tego przypadku pisania w zagranicznych mediach przez polskich autorów? Gdzie są w związku z tym oświadczenia Waszczykowskiego o manipulacji? Tym bardziej powinny się pojawić, bo przecież opłacone przez PFN ogłoszenia to coś zupełnie innego, niż dziennikarskie relacje z prawdziwych wydarzeń. Skoro trzeba za nie płacić, to znaczy, że normalnie redakcja raczej by tego nie opublikowała. Wiarygodność takiego tekstu jest o wiele niższa niż artykułu dziennikarskiego. I nikt nie widzi w tym nic złego?

W ubiegłym roku, gdy mieszkańcy Próchnika spalili kukłę Żyda, sprawę potępił m.in. Joachim Brudziński. Jan Śliwa, piszący dla „Wszystko co najważniejsze” Eryka Mistewicza, stwierdził wówczas, że sprawa została „rozdmuchana” przez „dyżurnych” tak, że zajął się nią nawet Światowy Kongres Żydów. Zdawał się sugerować, że jest to jakaś prowokacja „przeciwko Polsce i PiS” wykonana przez tego „komu przyniosła korzyść”. Czyli kogo?

Czy dziennikarze mają udawać, że sprawa się nie wydarzyła? Więc to nie spalenie kukły przedstawiającej Żyda było problemem, ale to, że dziennikarze odważyli się o tym pisać? Przecież ujawnianie tego, co inni chcieliby ukryć jest właśnie sednem pracy dziennikarskiej. Osoba, która sama publikuje w mediach powinna to wiedzieć. Szkoda, że te zasady są jej obce.

Widzę podobne ataki na mnie ze strony innych osób związanych z prawą stroną sceny politycznej.

Paweł Rybicki, prawicowy bloger, dziennikarz oraz współpracownik sztabu Andrzeja Dudy w poprzedniej kampanii, zarzucał mi „hejt na Polskę” tylko dlatego że nie podobał mi się dowcip opowiedziany przez prezydenta. Uznał za coś nagannego, że moje teksty są drukowane w zagranicznych gazetach (a więc znów w językach innych niż polski), a ja uchodzę za „prawdziwą korespondentkę”. A co sprawia, że w oczach Rybickiego jestem nieprawdziwa? Byłabym prawdziwsza pisząc dla wPolityce albo robiąc programy dla TVP? Rybicki zarzucił mi, że pisząc do „zagranicznych agencji i gazet” nie chcę przekazać prawdy, ale „promować swoją wizję”. Dziennikarstwo jednak nie polega – muszę to znów powtórzyć – na przymilaniu się władzy, ale na zwracaniu uwagi na również jej mankamenty. Jeżeli politycy robią coś złego, jeżeli w Polsce dochodzi do przejawów antysemityzmu, to nie ma żadnego powodu, by to przemilczeć. Chyba, że nie jest się dziennikarzem.

W sieci obraża mnie wiele osób, większość z nich robi to anonimowo. Najbardziej wytrwałym z tych, którzy podpisują się imieniem i nazwiskiem jest były współpracownik premiera Mateusza Morawieckiego, Andrzej Pawluszek. Publicznie ubolewa na tym, że piszę korespondencje z Polski dla amerykańskiej agencji prasowej JTA. Już przecież wiadomo, że w obcych językach można o wydarzeniach w Polsce pisać tylko dobrze, albo wcale. Pomija więc milczeniem to, że pisałam o Polakach zaangażowanych w ratowanie żydowskiego dziedzictwa, o sprzątaniu cmentarzy czy dobrych przykładach walki z antysemityzmem. Takie rzeczy też się dzieją i warto o nich wspominać. Dziennikarz nie może jednak udawać, że tych złych przykładów zachowań polityków lub mieszkańców naszego kraju w ogóle nie ma. To się może panu Pawluszkowi oraz jego kolegom z PiS nie podobać, ale pomijanie takich spraw nie byłoby dziennikarstwem.

Na początku roku Pawluszek zamieścił na Twitterze swój „ranking największych szkodników wizerunku Polski zagranicą”. Pisząc od ludziach, jako o szkodnikach, czym różni się od eksksiędza Międlara, który przyjmuje podobną retorykę? Dziennikarz, który nie pisze peanów na cześć władzy zostaje odhumanizowany i sprowadzony do roli przykrego owada. Pawluszek dokonuje definicji, Międlar z chęcią rozgniecie pod swoim butem. Tak, wiem, że obaj krytykują siebie nawzajem, ale najwyraźniej zupełnie niepotrzebnie.

Okazuje się, że aby zasłużyć na szacunek ze strony zwolenników PiS, należy ten rząd chwalić. Problem w tym, że ani nie ma za co, ani nie jest to rolą prawdziwego dziennikarza.

Skoro ktoś uważa mnie za „szkodnika”, publicznie pisze, że jestem głupia oraz traktuje jak dziecko, podkreślając swoją męską wyższość, to nic dziwnego, że nie mam ochoty tego typu wywodów czytać.

Mimo wszystko Pawluszek dalej postanowił recenzować moją pracę, obrażając mnie już bez żadnego skrępowania. Co ciekawsze, wspomaga go w tym polski ambasador (do niedawna w Szwajcarii, obecnie w Turcji) Jakub Kumoch, pisząc, iż ogłosiłam, że „Ładoś jest wymysłem”. Kumoch pisze świadomie nieprawdę, bo wie, że dzięki temu dostanie kilka punktów u swoich politycznych zwierzchników. Aleksander Ładoś nie jest wymysłem, ale są nim twierdzenia Kumocha, że odkrył tę sprawę oraz minimalizowanie roli kontaktujących się z nim Żydów, którzy w rzeczywistości rozpoczęli całą akcję ratowania uwięzionych w Polsce współbraci. Sprawa była badana i opisywana przez historyków, jak dr Agnieszka Haska, zanim ambasador się o niej dowiedział. Ignorowanie tego faktu i odrzucanie tamtych ustaleń niech świadczy o panu Kumochu.

Nagonka na dziennikarzy ze strony obozu władzy trwa w najlepsze. Politycy PiS chcieliby zapewne, by wszyscy odnosili się do nich jak pracownicy TVP albo prorządowych czasopism. W ich oczach najwyraźniej pisanie artykułów niepochlebiających władzy jest uznawane za wadę, a już robienie tego w zagranicznych mediach staje się jakimś niewybaczalnym grzechem. To pokazuje – na szczęście – słabość rządzących, bo nie mogą oni podporządkować sobie wszystkich. Nawet obrażając, czy poniżając w mediach społecznościowych, nie mogą wpłynąć na wszystkich. To dobry znak dla resztek demokracji, jakie nam w Polsce zostały.

Katarzyna Markusz

About the Author

Katarzyna Markusz
Dziennikarka zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów. Redaktor naczelna Jewish.pl.